926,500 dolarów – tyle za sezon
Houston Rockets płacą jednemu ze swoich zawodników pierwszej piątki. W
porównaniu Dwight Howard oraz James Harden otrzymują odpowiednio 20,513,137 i
13,701,250. Jednak najciekawsze w tym wszystkim jest to, że koszykarz ten
notuje średnie na poziomie: 16.6 punktu, 5.5 zbiórki oraz 4.0 asysty i jest
jedną z głównych sił ofensywnych Rakiet. A kim jest ów „szczęśliwiec”? To
oczywiście Chandler Parsons – podstawowy niski skrzydłowy ekipy z Teksasu. Ale
co ciekawe, takich perełek, które nie dobiły nawet do miliona dolarów jest
znacznie więcej w tegorocznym playoffs NBA, a co więcej, można z nich nawet sklecić
bardzo przyzwoity zespół.
W zestawieniu występują wyłącznie zawodnicy, którzy w swoich aktualnych
klubach zarabiają poniżej 1 miliona dolarów za sezon oraz grają, bądź grali w
tegorocznym NBA Playoffs.
PG – Shaun Livingston (Brooklyn Nets)
Wielu fanów NBA ma dość mylną
opinię o zespole Nets. Tak, rzeczywiście są oni aktualnie najdroższa drużyną w
całym NBA, ale głównie za sprawą „ciężkich” kontraktów swoich największych
gwiazd. Np. ich podstawowy rozgrywający zarabia minimalną pensję, jak na
warunki NBA. Oczywiście Livingston przed sezonem był kontraktowany w całkiem innym
celu, jednak kontuzja Derona Williamsa sprawiła, że został podstawowym
zawodnikiem Nets. I z pełną świadomością trzeba przyznać, że ze swojej roli
znakomicie się wywiązuje, nawet po powrocie D-Willa. Mnie osobiście bardzo
cieszy doskonała forma Shauna, bowiem dobrze pamiętam jego fatalną kontuzję
kilka lat temu. Uważam również, że
wydanie niecałych 900 tyś dolarów na Livingstona, to jedna z lepszych
inwestycji Michaiła Prochorowa.
A skoro jesteśmy już przy ekipie
Brooklyn Nets, to warto zauważyć jedną ciekawą rzecz. Najlepiej zarabiających
zawodnikiem jest Joe Johnson, który w tym roku zgranie 21,433,718 dolarów. Tymczasem najgorzej opłacanym jest zatrudniony
w trakcie sezonu Meksykanin – Jorge Gutierrez, który zarobi ledwie 54,785 tyś. Natomiast smaczku całej
sytuacji dodaje fakt, że pochodzi on z Meksyku. Jak dla mnie te rozbieżności
finansowe są zbyt duże
Brutto: 884,293$
Netto: 778,117$ około
2 334,533 zł
PG/SG – D.J. Augustin (Chicago Bulls)
Zawodnika z aktualnymi
statystykami na poziomie: 13.1 punktu, 4.4 asysty oraz 1.8 zbiórki za ledwie
650 tyś dolarów po prostu nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu. D.J. przez
cztery sezonu był podstawowym rozgrywającym Charlotte Bobcats, kiedy nagle Michael
Jordan postanowił przestać inwestować w jego talent. I właśnie wtedy zaczęła
się tułaczka Augustina po klubach NBA. Na szczęście dla niego, jak i dla Bulls
bezpieczną przystań znalazł w Chicago. W wietrznym mieście odbudował swoją
formę, a z meczu na mecz spłacał swój dług zaufania u działaczy Byków. Co
więcej, jego doskonała dyspozycja spowodowała, że fani Bulls nie rozpaczali już
tak bardzo po utracie Derricka Rose’a, ponieważ pod jego wodzą ekipa z Chicago
pięła się w górę ligowej tabeli.
Brutto: 650,215$
Netto: 572,189$ około
1 716,567 zł
SF – Chandler Parsons (Houston Rockets)
Parsons w 2011 roku z numerem 38
został wybrany, przez Houston Rockets, i chyba nikt się nie spodziewał, że
przez trzy kolejne lata jego talent tak eksploduje, a wcześniej wspomniane
statystyki są doskonałym tego odzwierciedleniem. Skrzydłowy Rakiet mozolnie
pracował na nowy potężny kontrakt i wszystko wskazuje na to, że się doczeka.
Jeśli nie w Houston, to na pewno stanie się bardzo łakomym kąskiem dla innych
klubów NBA.
Brutto: 926,500$
Netto: 815,32$ około 2 445,930 zł
SF/PF – Draymond Green (Golden State Warriors)
Z pozycjami podkoszowymi jest już
dużo trudniej, ponieważ wysocy zawodnicy zarabiają dużo lepiej, a czasem nawet
są widocznie przepłacani. W mojej pierwszej piątce postawiłem więc na Draymonda
Greena, który ma za sobą przełomowy sezon. Po trudnych początkach na parkietach
NBA, w końcu zyskał zaufanie w oczach Marka Jacksona, który cenni go za jego
wszechstronność. Green jest wręcz idealnym uzupełnieniem dla takich zawodników
jak: David Lee, Stephen Curry, czy Klay Thompson, którzy są widocznie lepsi w
ofensywie niż w defensywie. Natomiast Green to typowy „role player”, który
potrafi poświęcić się dla zespołu, przy tym nie obciążając budżetu klubu
(875,500 tyś).
Brutto: 875,500$
Netto: 770,440$ około
2 311,320 zł
PF/C – Glen Davis (Los Angeles Clippers)
Glen Davis jest już na takim
etapie swojej kariery, że z pewnością na jego koncie osobisty widnieje dużo
większa suma niż 338,594 tyś dolarów, którą otrzyma za obecny sezon od
Clippers, a dokładniej za te kilka miesięcy. Jednak trzeba przyznać, że władze
klubu z Los Angeles zrobiły całkiem niezły interes. Ponieważ za „grosze”
zakontraktowali zawodnika, który przychodził do nich ze średnimi na poziomie: 12.1
punktu, 6.3 zbiórki oraz 1.6 asysty. Big Baby Davis jest idealnym przykładem
zawodnika z „promocji”, którego do klubu przyciągnęły możliwe sukcesy sportowe,
a nie wielkie pieniądze. Spory wpływ na jego decyzję miała również postać Doc’a
Riversa, który wprowadzał go na zawodowe parkiety w barwach Boston Celtics.
Oczywiście taki skład jest
czyście iluzoryczny, ponieważ jak w każdej profesjonalnej drużynie sportowej, w
składzie znajdują się: gwiazdy, podstawowi zawodnicy, rezerwowi, czy tzn.
zadaniowcy, co sprawia, że rozbieżności finansowe są dość duże. Jednak
tworzenie owego zestawiania miało tylko i wyłącznie na celu pokazanie, że
czasem warto trochę szerzej przeszukać rynek zawodników i wcale nie trzeba
łasić się na największe gwiazdy NBA. Zespoły takie jak: Atlanta Hawks,
Charlotte Bobcats, czy chociażby Golden State Warriors udowodniają, że pomimo
gorszych warunków finansowych z powodzeniem mogą walczyć o fazę play-off, czy
już w samych playoffs.
Chyba każdy,
chciałby oglądać w Tauron Basket Lidze zespół skomponowany z samych młodych
utalentowanych koszykarzy. Jednak, czy taki projekt miałby jakieś szanse na
powodzenie? Raczej nie, bowiem od kogo na codziennych treningach ta młodzież
miałby się uczyć? Nawet w bardzo podobnym projekcie – Polonia 2011 Warszawa,
gdzie potencjał talentu był spory, to pewnego rodzaju rolę przewodnika i
nauczyciela pełnił Leszek Karwowski. A jak wygląda obecnie sytuacja na
parkietach TBL? Czy młodzi zawodnicy mają się od kogo uczyć?
Oczywiście
młodzież to nasza przyszłość, a co za tym idzie przyszłość koszykówki w naszym
kraju. Jednak ostatnio odnoszę nieoparte wrażenie, że zbytnio przeceniamy
naszych młodych koszykarzy zapominając przy tym o innych znakomitych zawodnikach.
A głównie mam tu namyśli tzn. weteranów, którzy w Polsce są raczej szeroko pomijani.
W naszym kraju na graczy młodego pokolenia się „chucha i dumach”, natomiast
zawodnicy po trzydziestce są zupełnie niedoceniani. Dlatego ja osobiście dużo
bardziej przychylam się do systemu z USA, gdzie weteran jest szeroko szanowany.
Tymczasem młody musi przez wiele lat zasłużyć sobie na ów szacunek.
Bardzo dobrym wzorem
klubu, gdzie stworzono ciekawe połączenie doświadczenia z młodzieżą jest Asseco
Gdynia. W Gdyni niezbędne doświadczenie od swoich kolegów mogą zbierać takie
talenty jak: Filip Matczak, Sebastian Kowalczyk, czy Przemysław Żołnierewicz. W
Asseco znakomicie ze swojej roli wywiązują się Piotr Szczotka (32 l.) oraz
Przemysław Frasunkiewicz (35 l.). Na szczególne pochwały zasługuje kapitan
zespoły z nad morza, który jest prawdziwym liderem drużyny. Już na pierwszy
rzut oka widać, że młodzi koszykarze Asseco mają ogromny szacunek do niego i w
pewnym sensie się na nim wzorują. Wzorem prawdziwego sportowca jest również
Przemek Frasunkiewicz, który wrócił do gry po ciężkiej kontuzji, pokazując tym
samym to, że nigdy nie należy się poddawać. Skrzydłowy Asseco notuje również
najlepszy sezon od kiedy bronił barwy Polonii Warszawa w latach 2008/09,
notując średnie na poziomie 7.6 punkty oraz 3.0 zbiórki na mecz. Tymczasem jego
klubowy kolega Piotr Szczotka ze statystykami na poziomie 10.7 punktu i 6.9
zbiórki zalicza najlepszy sezon od roku 2005/06, kiedy wstępował w Stali Ostrów
Wielkopolski.
Najlepszym
przykładem na to jak ważnymi postaciami Tauron Basket Ligi są weterani, jest
postać Filipa Dylewicza (34 l.), o którego przed sezonem walczyły wszystkie
czołowe kluby TBL. Ostatecznie walkę o silnego skrzydłowego wygrał PGE Turów
Zgorzelec, a sam Filip już o pierwszego meczu stał się podstawowym zawodnikiem w
rotacji trenera Rajković’a. Dylewicz systematycznie również spłaca swój dług
zaufania u szkoleniowca. Były gracz Trefla Sopot notuje aktualnie średnie na
poziomie 10.7 punktu, 6.2 zbiórki oraz 2.4 asysty wychodząc we wszystkich
spotkaniach w pierwszej piątce. Osiągnięcia te może na pierwszy rzut oka nie
robią jakiegoś kolosalnego wrażenia, ale warto zauważyć, że reprezentuje on
barwy klubu, który występuje w europejskich pucharach (VTB) oraz jest głównym
faworytem do mistrzostwa Polski.
Natomiast
celująco do budowy składu przed obecnym sezonem zabrali się działacze Rosy
Radom – co podkreślę jeszcze raz! Od kilku lat w Radomiu buduje się silny
ośrodek koszykówki, a co najważniejsze inwestuje się również w młodzież
(mistrzostwo Polski do lat 20). Więc postanowiono również ściągnąć weteranów,
którzy będą przykładem dla młodszych kolegów. Mocno w budowę klubu zaangażował
się Hubert Radke (32 l.), który nawet awansował z tym Rosą do Tauron Basket
Ligi. Hubert posiada olbrzymie doświadczenie i równie sporą wiedzę dotyczącą
koszykówki. A poza boiskiem jest świetnym przykładem sportowca, który może
osiągać również inne sukcesy zawodowe. Do Radomia po latach powrócił Łukasz
Majewski (31 l.), który jest podstawowym zawodnikiem Rosy ze średnią 9.7 punkty
oraz 3.6 zbiórki, a co najważniejsze pochodzi z Radomia i młodzież z tego
regiony ma się z kim identyfikować. W Rosie prawdziwy renesans swojej kariery
przechodzi również Robert Witka (32 l.). Jednak tak naprawdę budujące jest to,
ze w Radomiu niezbędnego doświadczenia od swoich starszych kolegów mogą się
uczyć tacy utalentowani zawodnicy jak: Damian Jeszke, czy Daniel Szymkiewicz.
Przez lata
wrocławską publiczność cieszyli swoją grą tacy doskonali zawodnicy jak: Maciej
Zieliński, Dominik Tomczyk, czy Adam Wójcik. Wszyscy oni stali się żyjącymi
legendami Śląska Wrocław, jednak chyba nikt się nie spodziewał, że do tego
grona dołączy Radosław Hyży (37 l.). Hyży kosztem swojej kariery zdecydował się
na grę nawet w 2 lidze, by wyprowadzić dumę dolnego śląska z koszykarskich peryferii
na koszykarskie salony. Na szczęście, ta sztuka mu się udała i ponownie możemy
oglądać tego charakterystycznego zawodnika oraz Śląsk na parkietach Tauron
Basket Ligi. Jednak szczerze muszę przyznać, że nigdy nie byłem zwolennikiem
Radka w akcji, ponieważ jest to typ zawodnika, którego albo się kocha, albo
nienawidzi. Jednakże ostatnie jego osiągnięcia sprawiają, że coraz bardziej
szanuję go jako sportowca. A ostatni wyczyn przeciwko Kotwicy Kołobrzeg, w
którym zdobył aż 22 punkty (10/10 z gry) oraz miał 5 zbiórek w ledwie 24 minuty
był jednym z czynników do napisania tego
tekstu. Cieszy mnie również, że takiej charakterystycznej postaci mogą się
przyglądać młodzi adepci koszykówki we Wrocławiu, bo to właśnie w ich szeregach
rośnie nowy Zieliński, Tomczyk, Wójcik, czy Hyży.
Znakomicie
weterani radzą sobie również w Kołobrzegu, jednak tam nie ma już tak zdolnej
młodzieży, co trochę martwi. Ponieważ Rafał Bigus (37 l.) oraz Grzegorz Arabas
(35 l.) mogliby być świetnymi nauczycielami koszykarskiego fachu. Bigus
praktycznie od zawsze jest w lidze i pomimo upływu lat nadal prezentuje bardzo
przyzwoity poziom. W wieku 37-lat notuje średnio 9.2 punktu i 8.2 zbiórki oraz
eval na poziomie 13.9, to nawet w barwach Kotwicy musi robić wrażenie!
Wyznacznikiem świetnego sportowca jest Grzegorz Arabas, który staje się
prawdziwą legendą klubu i być może w przyszłości zostanie równie dobry
szkoleniowcem.
W Starogardzie
Gdańskim iście spektakularny powrót do Tauron Basket Ligi zaliczył Cezary
Trybański (34 l.), który był rewelacją pierwszych tygodni nowego sezonu TBL.
Pierwszy Polak na parkietach NBA nie wiadomo czemu, ale przez ostatnie lata
musiał tułać się po niższych ligach na całym świecie. Gdy w końcu szansę na
powrót do ojczyzny postanowił mu dać prezes – Roman Olszewski. Trybański nagle
stał się wielką gwiazdą ligi, co zaowocowało m. in. transferem do AZS-u
Koszalin oraz nominacją do pierwszej piątki Meczu Gwiazd. Były zawodnik Memphis
Grizzlies, Phoenix Suns oraz New York Knicks jest idealnym przykładem na to, że
czasem warto zaryzykować i zatrudnić zawodnika z teoretycznie większym
„przebiegiem”. Czarek jak na 34-letniego centra, którego wszyscy już
przekreślili notuje wręcz fenomenalne osiągnięcia statystyczne: 12.0 punktu,
9.6 zbiórki, 2.5 bloku oraz 20.0 punktów eval.
Od kilku dobrych
lat obserwuję zmagania w naszej koszykarskiej ekstraklasie i bardzo często odnoszę wrażenie, że my - dziennikarze, gdzieś w
swoich relacjach zapominamy o tych doświadczonych, często mniej widocznych
zawodnikach. Na każdym kroku podkreśla się osiągnięcia zagranicznych
zawodników, czy naszej młodzieży. A koszykarze, którzy bardzo często poświęcają
się dla dobra zespołu lądują na szarym końcu, bądź w ogóle są pomijani.
Doceniajmy weteranów, ponieważ to oni są „solą” naszej ligi. Zagraniczni
zawodnicy przychodzą i odchodzą, a ligę tworzą właśnie oni! Zadbajmy, o to by młodzi
adepci koszykówki mięli od kogo się uczyć i na kim się wzorować.
Zdobywca tytułu MVP sezonu
zasadniczego mógł być tylko jeden. Kevin Durant przez cały sezon prezentował
się wręcz fenomenalnie. Zostając najlepszym strzelcem całej ligi (31.9 pkt.)
oraz bijąc rekord samego Micheal Jordana. W jednym z wywiadów nawet największy
jego rywal w tej kategorii – Lebron James przyznał, że statuetka MVP powinna
właśnie trafić do lidera Thunder, co doskonale obrazuje jak udany sezon
zasadniczy KD ma za sobą. Myślę, że na wyróżnienie zasłużył również Kevin Love,
który przez większość rozgrywek dwoił się i troił w barwach Timberwolvers,
notując średnie na poziomie 26.2 punktu i 12.5 zbiórek.
MOST IMPORVED PLAYER
1. Goran Dragić (Phoenix Suns)
2. Andre Drummond (Detrot
Pistons)
3. Lance Stephenson (Indiana
Pacers)
Faworytem do nagrody MIP jest
Lance Stephenson, jednak w moim odczuciu statuetka powinna trafić do Gorana Dragić'a.
Słoweniec z podstawowego zawodnika Suns, w trakcie sezonu wyrósł na prawdziwą
gwiazdę i gracza formatu All-Stars, prowadząc swój zespół do kolejnych
zwycięstw. Spory progres zanotował również Andre Drummond z Detroit Pistons,
który z statystyk na poziomie 7 punktów i 7 zbiórek wskoczył na 13.4 punktu
oraz 13.2 zbiórek, a w całym sezonie notował aż 56 spotkań z double-double
przegrywając tą rywalizacje tylko z Kevinem Love.
DEFENSIVE PLAYER of the YEAR
1. DeAndre Jordan (Los Angeles Clippers)
2. Joakim Noah (Chicago Bulls)
3. P.J. Tucker (Phoenix Suns)
Co roku mam ogromne problemy z
wytypowaniem najlepszego defensora ligi, ale w tym razem było inaczej. Moim
zdaniem na tą nagrodę zasługuje DeAndere Jordan, który pod wodzą Doc’a Rversa
stał się prawdziwą „Bestią” pod broniącym koszem (13.6 zbiórek i 2.5 bloku). Nie
zdziwi mnie również, jak statuetka trafi do centra Bulls, ponieważ znakomita
defensywa Chicago Bulls – to właśnie Joakim Noah.
SIXTH MAN of the YEAR
1. Jamal Crawford (Los Angeles Clippers)
2. Markieff Morris (Phoenix Suns)
3. Marco Belinelli (San Antonio
Spurs)
W zeszłym roku rywalizację Jamal przegrał
z znakomitym J.R. Smith’em. Jednak już w tym sezonie nie powinno być
niespodzianek i nagroda powinna wpaść w ręce Crawforda. Etatowy rezerwowy ekipy
z Los Angeles powinien dostać ją nie tylko za obecny sezon, ale chociażby za
całokształt swojej kariery. Mimo to, sporą i dość niespodziewaną konkurencją
dla rzucającego obrońcy Clippers jest Markieff Morris. Podkoszowy Suns ze
statystykami na poziomie 13.8 punktu oraz 6.0 zbiórki jest jednym z
największych zaskoczeń aktualnych rozgrywek.
ROOKIE of the YEAR
1. Victor Oladipo (Orlando Magic)
2. Michael Carter-Williams
(Philadelphia 76ers)
3. Trey Burke (Utah Jazz)
Zdecydowanym faworytem jest
Micheal Carter-Williams i to do niego prawdopodobnie powędruje statuetka.
Jednak mi osobiście dużo bardziej przypadł do gustu Victor Oladipo i to z
jednego prostego powodu, bowiem w moim odczuciu nowa gwiazda Magic ma dużo
większy wpływ na końcowy wynik swojego zespołu. Jestem również przekonany, że w
przyszłości Oladipo będzie znacznie lepszym zawodnikiem niż MCW.
COACH of the YEAR
1. Terry Stotts (Portland Trail Blazers)
2. Dwane Casey (Toronto Raptors)
3. Steve Clifford (Charlotte
Bobcats)
Chyba nikt się nie spodziewał, że
Blazers tak fenomenalnie rozpoczną nowy sezon NBA. Oczywiście jeśli spojrzeć na
całe rozgrywki, uplasowali się ledwie na piątej pozycji, a może na aż piątej
pozycji. Mimo to uważam, że zespół ze stanu Oregon ma za sobą bardzo udany
sezon zasadniczy, a główna w tym zasługa Terry Stotts, który zrobił z nich
prawdziwą drużynę. Natomiast z hali Moda Center prawdziwą twierdzę (31-10).
Ogromną niespodzianką była również postawa Toronto Raptors, których świetnie z
wysokości ławki prowadził Dwane Casey. Jednakże wyczyn szkoleniowca Blazers
trochę bardziej mi imponuje, bowiem ścisk na zachodzie był znacznie większy na
przestrzeni całych rozgrywek.
Pierwsza Piątka: Kevin Durant
(Thunder), Lebron James (Heat),
Chris Paul (Clippers), Kevin Love (Wolvers), Joakim Noah (Bulls)
Druga Piątka: James Harden
(Rockets), Damian Lillard (Blazers),
Paul George (Pacers), Anthony Davis (Pelicans), DeMarcus DeRozan (Raptors)
Jak co roku na parkiet w hali Moda
Center w Portland wybiegają najbardziej utalentowani zawodnicy młodego pokolenia
z całego świata. W zeszłym roku furorę w spotkaniu Nike Hoop Summit robili
Andrew Wiggins, Jabari Parker oraz Julius Randle, którzy już teraz szykują się do
zbliżającego się Draftu NBA. A kto już za rok pójdzie w ślady swoich starszych kolegów?
Czy jest Nike Hoop Summit?
Pomysł Nike Hoop Summit narodził się
w 1995 roku. Pierwszy mecz tego typu rozgrywany był w Springhfield, a
premierowe spotkanie zakończyło się zwycięstwem USA 86-77. W imprezie uczestniczą
dwa zespoły, czyli wcześnie wspomniana drużyna USA z reprezentacją Reszty
Świata. W zespołach występują teoretycznie najbardziej utalentowani zawodnicy z
całego świata. W ekipie USA, to głównie zawodnicy, którzy właśnie kończą naukę
na poziomie liceum i rozpoczynają swoją przygodę na studiach.
Z roku na rok mecz Nike Hoop
Summit stał się coraz bardziej popularny, a zawodnicy, którzy w nim występowali
bardzo często pojawiali się później na parkietach NBA. Przepustkę do najlepszej
ligi na świecie otrzymali m.in. Kevin Garnett, Derrick Rose, Kevin Durant, czy
klubowi koledzy Marcina Gortata – John Wall oraz Bradley Beal. Jednak to
wydarzenie jest również niesamowitą szansą dla zawodników z poza Stanów
Zjednoczonych. Najciekawszą historią campu
jest ta o Dirku Nowitzkim, który jako zupełnie nieznany zawodnik drugiej Bundesligi
poprowadził swój zespół do zwycięstwa 104:99. A sam Niemiec uzbierał na swoim
koncie w tym meczu 33 punkty oraz 14 zbiórek. W niedalekiej przeszłości w tym
prestiżowym spotkaniu mięli okazje występować również nasi rodacy. Barwy Polski
reprezentowali odpowiednio: Przemysław Karnowski, Matusz Ponitka oraz Michał
Michalak. Jednak pomimo to nadal nikt z nich nie przebił się na parkiety NBA.
Okafor to nowa wielka nadzieja
uczelni Duke. Trener Mike Krzyżewski bardzo chciał ściągnąć tego podkoszowego
do siebie i to mu się udało. Jahlil w swojej grze bazuje głównie na znakomitej
pracy nóg. Jak na wysokiego zawodnika, jest niezwykle mobilny, co sprawia, że
jest bardzo nowoczesnym środkowym. Posiada on również tzn. koszykarskie IQ, co
powoduje, że świetnie się z nim współpracuje. Okafor pomimo młodego wieku,
praktycznie nie posiada wad, a w swojej grze jest równie dobry w ataku, jak i w
obronie. Doskonale odnajduje się tłoku podkoszowym oraz jest niesamowicie
aktywny na atakowanej i bronione tablicy. Jednak nadal musi mocno pracować nad
swoją motoryką i przygotowaniem fizycznym. Natomiast w grze jest raczej
zawodnikiem kończącym akcje, niż kreującym swoich partnerów, co może okazać się
sporym mankamentem w przyszłości. Jak prawdziwy Amerykański center również
przechodzi prawdziwe katusze na linii rzutów wolnych.
W meczu: 14 punktów, 10 zbiórek
oraz w przechwyt w 27 minut.
Myles Turner – Center, bez uczelni, rocznik 1996
Myles Turner jeszcze nie
zdecydował, gdzie spędzie przyszły sezon, ale to wcale nie znaczy, że może
narzekać na bark ofert. A o podkoszowego walczą same największe uczelnie. Turner
to znakomity atleta i przykład idealnego sportowca. W swojej grze bazuje
głównie na doskonałych warunkach fizycznych. Posiada nienaturalnie długie ręce,
które pozwalają mu z łatwością blokować rzuty rywala. Turner podobnie jak
Okafor, to idealny przykład nowoczesnego centra. Jednak w przeciwieństwie od
swojego poprzednika on dużo lepiej czuje się w zespołowej koszykówce. Nie jest
typem wielkiej gwiazdy, a raczej gracza, który swoją wszechstronnością pomaga
swoim partnerom. Kolejnymi udanymi zagraniami, potrafi wręcz w pojedynkę
zdominować strefę podkoszową zarówno w ataku, jak i w obronie. Jednak wciąż
jest dużo lepszy w defensywie, niż w ofensywie. Stanowczo musi wzbogacić swój repertuar
zagrań ofensywnych i poprawić się technicznie oraz pod względem fizycznym.
W meczu: 2 punkty, 3 zbiórki w 8
minut.
Cliff Alexander – Center/Silny Skrzydłowy, Kansas, rocznik 1995
Przez większość swojej
dotychczasowej kariery występował na pozycji centra. W nowej uczelni Kansas,
pewnie też będzie grał na tej pozycji. Jednak jego 205-208 cm wzrostu pozostawiają
wiele do życzenia, jeśli chodzi o przyszłą karierę w NBA. Pomimo to, Alexander
nadal jest uważany za jeden z większych talentów w Stanach Zjednoczonych.
Doskonale radzi sobie w szybkościowej koszykówce, bowiem jest niesamowicie
mobilnym podkoszowym. Również jak Turner jest niebywałym atletą, ale w
porównaniu do Turnera jest znacznie silniejszy. W swoje grze przypomina swego
rodzaju połączenie Blake’a Griffina z Dwightem Howardem. Ponieważ większość
swoich akcji kończy niezwykle efektownymi wsadami. Największym jego mankamentem
jest wręcz tragiczny rzut, nad którym musi mocno popracować w nadchodzącym
roku. Gdyby nie słabsze warunki fizyczne, a dokładniej jego wzrost, to już
teraz byłby prognozowany na pierwszy numer przyszłorocznego draftu.
W meczu: 6 punktów, 2 zbiórki w
20 minut.
Stanley Johnson – Niski Skrzydłowy, Arizona, rocznik 1996
Na swojej nowej uczelni – Arizona
Stanley Johnson ma zastąpić samego Aarona Gordona. Bez wątpienia Johnson jest
całkiem innym typem zawodnika co Gordon, jednak to nie znaczy że mniej
efektownym i co najważniejsze efektywnym. Nowy skrzydłowy Arizony posiada
znakomite warunki fizyczne, jak na gracza występującego na obwodzie. Johnson to
niezwykle wszechstronny zawodnik, który w przeszłości z powodzeniem wstępował
zarówno pod koszem, jak i na obwodzie. Doskonały pod tablicami oraz w
agresywnej defensywie. Natomiast w ataku świetnie radzi sobie w grze na koźle.
Jednak największa jego zaletą jest jego psychika, ponieważ już teraz prezentuje
wyjątkowo dojrzałą koszykówkę. Potrafi również poświęcić się dla zespołu oraz
trudno się w nim doszukać jakichkolwiek cech gwiazdorskich. Ale jeśli chce
myśleć o występach na parkietach NBA, to stanowczo musi poprawić swój rzut.
Ponieważ jak na zawodnika z pozycji niskiego skrzydłowego nie prezentuje się on
najlepiej.
W meczu: 7 punktów, 3 zbiórki
oraz przechwyt w 24 minuty.
Następny zawodnik, który w swojej
grze bazuje głównie na swoim niesamowitym atletyzmie. W zespole Duke w
pierwszej piątce ma zastąpić Jabari Parkera. Jednak Winslow jest całkiem innym
typem zawodnika. Przede wszystkim jest doskonałym obrońcą, a jego największą
zaletą jest defensywa, a nie ofensywa. Nie jest on typem gwiazdora i strzelca,
który podbija kolejne rekordy punktowe. Justise jest raczej pracusiem, który
odwala za kolegów czarną robotę. Potrafi poświęcić się dla dobra zespołu i
nigdy się nie poddaje. Przykład prawdziwego walczaka. W swojej grze łudząco
przypomina Micheal Kidd – Gilchrista z Charlotte Bobcats. Ale by zostać lepszym
zawodnikiem, to musi zdecydowanie poprawić swój rzut.
W meczu: 16 punktów, 6 zbiórek,
asysty oraz przechwyt w 22 minuty.
Kelly Oubre – Niski Skrzydłowy, Kansas, rocznik 1995
W całym zestawieniu zdecydowanie
najlepszy „dunker”, którego filmiki już podbijają serca sympatyków koszykówki w
Stanach Zjednoczonych. W swojej grze bazuje głównie na świetnych i skutecznych
penetracjach pod kosz przeciwnika. Kelly potrafi również wykorzystać swój
niecodzienny wyskok w walce na tablicach. Jednak bezsprzecznie musi popracować
nad pozostałymi aspektami sztuki defensywnej. Mocno kuleje u niego również
odpowiednia selekcja rzutów, często w swojej grze wydaje się być zbytnio
samolubny. Kelly Oubre to klasyczny przykład zawodnika, który uwielbia rzucać i
zdobywać punkty, kosztem gry w obronie.
W meczu: 14 punktów, 5 zbiórek, 3
asysty oraz przechwyt w 24 minuty.
Tyus Jones – Rozgrywający, Duke, rocznik 1996
Przed nowym rozgrywającym
elitarnej uczelni Duke stoi bardzo ambitny i wymagający cel. Ponieważ Jones ma
poprowadzić swój nowy zespół do mistrzostwa NCAA. Wydaje się, że Mike
Krzyżewski wybrał dobrze, bowiem Tyus to przykład klasycznego rozgrywającego.
Świetnie czyta grę, co pozwala mu na kreowanie swoich partnerów. Dysponuje
również znakomitym dryblingiem, dzięki czemu potrafi wymuszać faule rywala.
Natomiast na linii rzutów wolnych wydaje się być bezbłędny. Przy tym wyróżnia
się sporym zaangażowaniem. Największą jego wadą są skromne warunki fizyczne,
które mogą mu przeszkodzić w karierze na parkietach NBA. W grze Jonesa widoczne
są również bardzo złe nawyki jak: odpuszczanie w obronie, zbyt ryzykowne
podania, czy lekceważenie przeciwnika.
W meczu: 13 punktów, 6 asyst oraz
5 przechwytów w 32 minuty.
Reszta Świata
Emmanuel Mudiay – Rzucający Obrońca/Rozgrywający, DR Konga, rocznik
1996
Kontynent Afrykański przez
większość lat przyzwyczaił środowisko koszykarskie do tego, że ich głównym
towarem eksportowym są wysocy zawodnicy o znakomitych warunkach fizycznych. Jak
chociażby Serge Ibaka z Oklahoma City Thunder. Jednakże Emmanuel jest
całkowicie innym zawodnikiem. A główną cechą, która go różni od gracza Thunder
to, to że występuje na obwodzie. Ale również jak inni koszykarze z Afryki
bazuje głównie na swoim atletyzmie. Pierwsze poważne koszykarskie szlify
zbierał w Stanach Zjednoczony, dlatego więc łudząco przypomina w swojej grze zawodników
z przeciwnej drużyny. Natomiast przyszły sezon spędzi na dość mało znanej
uczelni – Southern Metholist. Posiada on niesamowitą wytrzymałość oraz
wydolność, co sprawia, że jest wręcz idealnym przykładem sportowca. Dzięki
swojej motoryce znakomicie radzi sobie w obronie oraz w koszykówce
szybkościowej. Mudiay jak na zawodnika obwodowego ma spore problemy z
rzucaniem, a raczej z seryjnym trafianiem. Jeśli chce myśleć o poważnej karierze
na parkietach zdecydowanie musi poprawić ten aspekt. Pomimo to już teraz
uznawany jest za kandydata do czołowych miejsc w przyszłorocznym drafcie NBA.
W meczu: 20 punktów, 2 zbiórki, 3
asysty oraz 2 przechwyty w 29 minut.
Trey Lyles – Silny Skrzydłowy, Kanada, Kentucky, rocznik 1995
Kolejny zawodnik, który pierwsze
poważne kroki w swojej karierze stawiał w Stanach Zjednoczonych. Lyles jest
bezwątpienia wielką nadzieją Kanady. Jak na młodego zawodnika już teraz
dysponuje znakomitą techniką użytkową. Na parkiecie łudząco przypomina takie
koszykarskie gwiazdy jak: Tim Duncan, czy Kevin Garnett. Trey to idealny
przykład silnego skrzydłowego. Znakomity w grze tyłem do kosza oraz w rzutach półdystansowych
oraz dystansowych. Pomimo swojego wzrostu dysponuje świetną pracą nóg. Lyles w
swoje grze trochę gorzej radzi sobie w obronie. Jednak na silnej uczelni
Kentucky Wildcats powinien zebrać niezbędnej ogłady w tym aspekcie.
W meczu: 9 punktów, 11 zbiórek
oraz przechwyt w 25 minut.
Karl Towns Jr. – Center, Dominikana, Kentucky, rocznik 1995
Karl Towns na swojej nowej
uczelni Kentucky Wildcats ma wraz z Trey Lyles stworzyć fenomenalny duet
podkoszowy. Towns w przeciwieństwie do swojego przyszłego partnera, w strefie
podkoszowej bazuje głównie na swoim przygotowaniu motoryczny. Karl to bardzo
silny center, który momentami jest wręcz nie do zatrzymania dla przeciwnika. Jednak
jak na centra dysponuje on bardzo dobrą pracą nóg, co sprawia, że jest wyjątkowo
nowoczesnym podkoszowym. Podobnie jak jego nowy kolega z drużyny Lyles w swojej
grze musi nabrać nieco więcej ogłady. Mimo to bardzo możliwe, że w przyszłości
odniesie podobny sukces co jego rodak – Al Horford i stanie się podstawowym
zawodnikiem jednego z klubów NBA.
W meczu: 6 punktów, 8 zbiórek
oraz 2 bloki w 17 minut.
Następny niezwykle utalentowany
zawodnik podkoszowy w tym zestawieniu. Aktualnie występujący we Francji, gdzie
reprezentuje barwy Elan Chalon. Na treningach przed meczem zrobił największe
wrażenie na skautach oraz innych obserwatorach. Jego głównym atutem są niecodzienne
warunki fizyczne. Posiada on nienaturalnie długie ręce oraz nogi, co sprawia,
że mimo jego wieku nadal tkwi w nim ogromny potencjał. Większość ekspertów już
teraz porównuje go do Anthony Davisa z New Orleans Pelicans. Jednakże jeśli
chce myśleć o występach na parkietach najlepszej ligi na świecie, to z
pewnością powinien popracować nad swoją techniką. A w szczególności nad swoim
rzutem.
W meczu: 5 punktów, 3 zbiórki w
14 minut.
Sviatoslav Mykhailiuk – Rzucający Obrońca, Ukraina, rocznik 1997
Najmłodszy uczestnik meczu oraz
campu Nike Hoop Summit, a w całym spotkaniu zdobył ledwie dwa punkty. Jednak
mimo to uważany jest za największy obwodowy talent Europy wschodniej od czasów
Matusza Ponitki. Podobnie jak nasz rodak w swojej grze bazuje głównie na swojej
motoryce, ale również na swoje pewności siebie. Na dziennikarzach oraz skautach
zrobił największe wrażenie w po treningowych wypowiedziach, ponieważ jak na ledwie
17-letniego zawodnika świetnie mówi po angielsku. Bardzo możliwe, że w
niedalekiej przyszłości podejmie naukę na jednej z uczelni w Stanach
Zjednoczonych, co w znaczącym stopniu przybliży go do kariery na parkietach
NBA.
Turniej Mistrzostw Polski do lat
20 już za nami, więc warto pochylić się na tym, dla kogo te mistrzostwa
szczególnie były udane, oraz jacy zawodnicy wyróżniali się na tle swoich
kolegów.
KS Rosa Sport Radom
Faworyt oraz gospodarz turnieju,
który nie zawiódł wszystkich działaczy i kibiców Rosy. W Radomiu powstaje naprawdę
bardzo silny ośrodek szkoleniowy, dla którego ten złoty medal jest niezwykle
cenny. Po czwartym miejscu na zeszłorocznym turnieju, Rosa Radom znacząco się
wzmocniła. Przed sezonem kontrakt z ekstraklasowym zespołem podpisał Damian
Jeszcze, a w trakcie sezonu do drużyny dołączył Daniel Szymkiewicz. I trzeba
przyznać, że bez tej dwójki Rosie byłoby bardzo trudno sięgnąć po złoty medal.
A na pewno rozmiary ich sukcesu nie byłyby aż tak kolosalne.
Zasłużonym, bądź mniej
zasłużonym, ale MVP mistrzostw Polski okrzyknięty został Daniel Szymkiewicz, który świetnie zaprezentował się po kontuzji. Szczególnie
dobrze zagrał w pojedynku półfinałowym, w którym zdobył aż 20 „oczek”. Tym
turniejem Szymkiewicz udowodnił, że nadal jest jednym z najlepszych, jak nie
najlepszym koszykarzem z rocznika 1994 w naszym kraju.
Damian Jeszke może nie był wielką gwiazdą tych mistrzostw, ale
wykonał kawał dobrej roboty. Były zawodnik SMS’u Cetniewo, to niezwykle
wszechstronny skrzydłowy, który znakomicie radzi sobie zarówno na obwodzie, jak
i pod koszem. Jest doskonałym przykładem nowoczesnego koszykarza, który potrafi
powalczyć pod tablicami, a chwilę później trafić niezwykle cenną „trójkę”.
Jeśli nadal będzie się tak rozwijał to w przyszłości może być znaczącym
wzmocnieniem pierwszego zespołu Rosy.
Znakomicie zaprezentował się
również Jakub Schenk, który sam
przyznawał, że ten turniej jest dla niego najważniejszym turniejem w życiu.
Rozgrywający udowodnił wszystkim, że dobrze sobie radzi w grze pod presją. A w silnym
zespole Rosy zdecydowanie się wyróżniał. Tymi mistrzostwami dość pewnie zapukał
do drzwi Kadry Polski do lat 20.
Swoim świetnym występem w finale
(14 punktów) swój turniej życia zwieńczył Filip
Zegzuła, który przed własną publicznością prezentował się wręcz
fenomenalnie. A w układance trenera Karola Gutkowskiego był niezwykle ważnym
ogniwem.
SKM Zastal Zielona Góra
Zastal na turniej finałowy
wybierał się już mocno osłabiony, ponieważ w ich barwach brakowało m. in. braci
Zywert, którzy nadal leczą kontuzję kolana. Jednakże mimo to, trener Bogusław
Onufrowicz do Radomia zabrał całkiem niezły zespół. A ekipa z Zielonej Góry była
uznawana ze jednego z faworytów do gry o medale. Młodsi koledzy aktualnego
mistrza Polski nie zawiedli oraz z Radomia wywożą bezcenny srebrny medal, co
mimo wszystko jest sporym osiągnięciem dla tego klubu. Jednak pewien niesmak
pozostaje. Ponieważ ich finałowa porażka 82:35 w niczym nie odzwierciedla siły
całej drużyny. Na przestrzeni całego turnieju drużyna Zastalu naprawdę prezentowała
się całkiem nieźle. A „Wielkim Finale” po prostu zabrakło im odrobinę więcej
szczęścia, bowiem nie wiadomo jakby się potoczył ten pojedynek, jeśli parkietu
już w pierwszej kwarcie nie musiał opuszczać duet obwodowy Sirijatowicz-Ponitka.
Zdecydowanym liderem zespołu na
boisku był Nikodem Sirijatowicz,
który przez większość turnieju doskonale prowadził swoją drużynę. Wychowanek
Zastalu w swojej grze łudząco przypomina Krzysztofa Szubargę. Świetnie gra na
koźle oraz w akcjach „pick and roll”. Jak na rozgrywającego jest również silny
fizycznie, co pozwoliło mu dominować nad słabszymi rywalami. Musi jednak
poprawić swój rzut z dystansu, ponieważ na turnieju prezentował fatalną
skuteczność w tym aspekcie.
Prawdziwym objawieniem turnieju był
Marcel Ponitka. Ledwie 16-letni
zawodnik w swojej grze imponował niezwykłym opanowaniem. Marcel jest trochę
innego typu graczem, niż jego brat, ponieważ w swojej grze opiera się głównie
na swoim znakomitym wyszkoleniu technicznym, a nie tak jak Mateusz na swojej
motoryce. Jednak, gdy z czasem nabierz większej masy mięśniowej, może okazać się
zawodnikiem formatu nawet NBA. Jak na razie widać, że jest to niezwykle
utalentowany chłopak o wielkim potencjale.
Najlepszym strzelcem Zastalu był Radosław Turbacz, który jednak w
najważniejszych momentach turnieju prezentował dużo poniżej oczekiwań.
Szczególnie blado wypadł w finale, a drużyna Rosy obnażyła jego wszystkie
słabości. Przeciętnie zaprezentowali się również Paweł Jasnos oraz Adrian
Krawczyk, którzy mięli być liczącymi się postaciami Zastalu. To wszystko
sprawia wrażenie, że dla ekipy z Zielonej Góry srebrny medal to ogromny sukces.
Trefl Sopot
Sopocianie na turniej do Radomia
przybyli z bardzo ambitnym celem, a mianowicie ich początkowym założeniem było
zdobycie medalu. Jednak pech prześladował Trefl już od pierwszego meczu.
Kontuzja i choroba wyeliminowała odpowiednio Wojciecha Majchrzaka oraz Michała
Kolendę, co spowodowało, że przez większość turnieju trener Marcina Kloziński
był zmuszony znacznie uszczuplić swoją rotację. Sił koszykarzom z nad morza
zdecydowanie brakowało w grupowym pojedynku z Basketem Poznań oraz w
półfinałowym spotkaniu z Rosą Radom. Oba te mecze przegrali i zważywszy na
wcześniejszą dość szczęśliwą wygraną nad SKS Starogard Gdański, można śmiało stwierdzić,
że trenerzy oraz zawodnicy z Sopotu wykrzesali maksymalny wynik zdobywając
brązowe krążki.
Trefl na przestrzeni całego turnieju
prezentował miłą dla oka zespołową koszykówkę i raczej trudno w ich szeregach doszukiwać
się zdecydowanych liderów. Systematycznie z meczu na mecz rozkręcał się Paweł Dzierżak, który kolejnymi udanymi
występami udowadniał, że jest niezwykle wszechstronnym rozgrywającym. 18-letni
zawodnik był pierwszym asystującym mistrzostw ze średnią 5,0 na mecz.
Doskonale zaprezentował się Grzegorz Kulka, który był prawdziwą
siłą podkoszową swojego zespołu. Grzegorz to bardzo nowoczesny zawodnik, który
mimo swojego wzrostu (203 cm) dobrze czuje się w grze zarówno przodem, jak i
tyłem do kosza. Dzięki jego niecodziennej mobilności jest również niezwykle
aktywny na tablicach. Kulka ze średnią 13 zbiórek na mecz został najlepszym
zbierającym turnieju. O ile świetna dyspozycja Dzierżaka oraz Kulki nikogo nie
zaskoczyła, to prawdziwym objawieniem w barwach Trefla była gra Wojciecha Czerlonko oraz Artura Włodarczyka. Pierwszy w
wyjściowej piątce znakomicie zastąpił kontuzjowanego Majchrzaka, natomiast
Włodarczyk perfekcyjnie odciążał od rozgrywania akcji Pawła Dzierżaka.
Biofarm Basket Junior Poznań
Najbardziej pechowy zespół
Mistrzostw. Ekipa z Poznania rozpoczęła turniej wręcz fenomenalnie, ponieważ od
trzech pewnych zwycięstw. Jednak w dwóch kolejnych meczach wyglądali jakby im
ktoś odciął prąd. Basket ewidentnie nie wytrzymał tego turnieju pod względem
kondycyjnym, ale i również mentalnym. Możliwość zdobycia nawet srebrnego medalu
trochę ich chyba przerosła. Nie pomogła nawet obecność na ławce w ostatnim
meczu Eugeniusza Kijewskiego. Patrząc na przebieg całego turnieju trochę żal
koszykarzy z Wielkopolski, ponieważ potencjał tej drużyny był naprawdę wysoki.
Basket podobnie, jak Trefl to
bardzo dobrze zbilansowany zespół, w który nie ma zdecydowanych liderów,
dlatego trudno jest wyróżnić pojedyncze jednostki. Jednak jest kilku
zawodników, którzy mogą zaliczyć ten turniej do udanych. Jednym z nich jest Jakub Fiszer, który przeplatał te dobre
mecze z tymi słabszymi. Rzucający obrońca Basketu szczególnie wyróżniał się ogromną
wolą walki. Jako jeden z niewielu pojedynek o trzecie miejsce może uznać za
udany. W swojej grze opiera się głównie na szybkości oraz zwinności. Posiada
również całkiem przyzwoity rzut dystansowy.
Bardzo przyzwoicie zaprezentował
się również Michał Wielechowski,
który praktycznie w każdym spotkaniu grał na swoim dobrym poziomie. Znakomicie
mistrzostwa rozpoczął Filip Prufer,
który przeciwko drużynie SKS Starogard Gdański zdobył 20 punktów i 11 zbiórek.
Jednak w kolejnych meczach center Basketu nie grał już tak dobrze. W swojej
grze nadal jest trochę „ciapowaty”, ale trzeba przyznać, że z roku na rok robi
coraz większe postępy. Natomiast zdecydowanie zawiódł Damian Szymczak, którego z pierwszej piątki wygryzł Piotr Wieloch. Szymczak jak na
reprezentanta Polski do lat 18 prezentował się dużo poniżej oczekiwań i jeśli
nadal marzy o karierze w Kadrze już do lat 20, to musi się zabrać ostro do
pracy.
Zawodnicy, którzy wyróżniali się w pozostałych zespołach:
Kacper Radwański (SKS Starogard Gdański) – Kacper tym turniejem
udowodnił, że doświadczenie zebrane z parkietów Tauron Basket Ligi jest
bezcenne. Był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem Mistrzostw na swojej pozycji.
Wychowanek klubu ze Starogardu Gdańskiego, to doskonały przykład klasycznego
strzelca, który dobrze operuje piłką. A punkty potrafi zdobywać zarówno po
penetracji, jak i po rzucie z dystansu. Trudno na ten moment wyobrazić sobie
Kadrę Polski U-20 bez Radwańskiego.
Dawid Morawiec (ŁKS SMS MG13 Łódź) – Bardzo wszechstronny
rozgrywający, który był zdecydowanie najlepszym koszykarzem w swoim zespole.
Praktycznie w pojedynkę zapewnił ekipie z Łodzi piąte miejsce. Ponieważ w meczu
przeciwko SKS Starogard Gdański zagrał rewelacyjnie zdobywając 33 punkty, 11
zbiórek, 5 przechwytów oraz 2 asysty. Jednak nadal, jak na rozgrywającego w
jego grze mocno kuleje stosunek asyst do strat.
Filip Struski (SKS Starogard Gdański) – Wraz z Radwańskim tworzyli
iść zabójczy duet, ale w swojej grze byli trochę osamotnieni. Jednak mimo to
zasługuje on na wyróżnienie, ponieważ wręcz notorycznie notował double-double.
Bardzo dobry w grze przodem do kosza oraz w walce na atakowanej tablicy. Jednak
w swojej grze musi poprawić grę tyłem do kosza oraz wzmocnić się fizycznie.
Piotr Stępak (AZS AGH Alstom Kraków) – Król strzelców całego
turnieju oraz najlepszy zawodnik pod względem wskaźnika Eval. Rzucający
obrońca, który uwielbia rzucać, co czasem nie przekłada się na wynik całego
zespołu. Jednak bezsprzecznie jedyna jasna postać swojej drużyny.
Film dokumentalny „Kasa będzie
jutro” w ogóle nie dotyczy tematyki koszykarskiej i może jego miejsce nie jest
na blogu dla fanów basketu. Jednak piłka nożna podobnie, jak koszykówka jest
sportem. Sam film nie zajmuje się samą piłą nożną, a raczej otoczką wokół
klubu. Cała historia bardzo mnie urzekła, ponieważ nie wiadomo skąd, ale mam sentyment
do Polonii Warszawa. I doskonale pamiętam jak w podobnych warunkach ta
koszykarska Polonia musiała się żegnać w 2011 roku z ekstraklasą. A jeszcze w
2004 oraz 2005 roku świętowała zdobycie brązowego medalu. Niestety pech nie
opuścił również ich piłkarskich kolegów…
Polonia Warszawa obecny sezon rozpoczęła
w IV lidze. Natomiast koszykarska Polonia, przed sezonem wykupiła dziką kartę na grę w II lidze
i właśnie awansował do fazy play-off. Miejmy nadzieje, że potęga Polonii już
niedługo się odrodzi oraz będziemy mogli ich obserwować na parkietach i
murawach ekstraklasy!
28 lutego Goran
Dragić w zwycięskim pojedynku 116:104 nad New Orleans Pelicans zdobył aż 40
punktów, tym samym ustanawiając swój indywidualny rekord punktowy. Ale tym
osiągnięciem stał się również bohaterem całej koszykarskiej Słowenii. Ten
niespełna 2 milionowy kraj, od wielu lat jest zakochany w koszykówce, a sam
Dragić staje się ich wizytówką na koszykarskiej mapie świata.
Początki
Goran Dragić
pierwsze poważne kroki w swojej karierze stawiał w zespole Ilirija Lublana,
którego barw bronił w drugiej lidze słoweńskiej. Jednak w drużynie, w której
się wychował nie zagrzał długo miejsca, ponieważ szybko jego talent zauważyli
działacze Slovana Lublana. W Slovanie spędził dwa kolejne lata zdobywając z nim
m. in. Mistrzostwo Słowenii. Mierzący 191 cm wzrostu zawodnik dość szybko stał
się podstawowym graczem ekipy Slovana. W ostatnim sezonie notował średnie na
poziomie 11.3 punktu, co zaowocowało transferem do silnej ACB. W Hiszpanii
reprezentował barwy CB Murcia, w której jednak prezentował się dość przeciętnie
i nic nie prognozowało, że w przyszłości będzie podstawowym zawodnikiem jednego
z klubów NBA. Po nieudanej rocznej przygodzie w Murcji postanowił powrócić do
kraju. A jego osobą zainteresowali się działacze mistrza Słowenii. W ekipie
Olimpjia Lublanagrał wręcz fenomenalnie, jak na nastolatka. W lidze notował
średnie na poziomie 11.3 punktu oraz 3.3 asysty, natomiast w Eurolidze 9.7
punktu i 3.0 asysty. Jego dobra dyspozycja zaowocował również powołaniem do
kadry U-20, z którą zdobył mistrzostwo Europy w 2004 roku. Jednak sam Dragić
nie odgrywał w niej większej roli, ponieważ gwiazdami tamtej drużyny byli
bracia Lorbek. Pomimo to, postanawiał się nie poddawać i dzięki znakomitemu
sezonowi w Olimpii otrzymał powołanie do pierwszej reprezentacji na prestiżowy
Eurobasket w 2007 roku w Hiszpanii.
Tajemniczy młodzieniec w masce
Właśnie na
turnieju w Hiszpanii, po raz pierwszy miałem okazje oglądać Dragića w akcji.
Doskonale pamiętam, jak w meczu Słowenii z Polską w połowie pierwszej kwarty na
parkiecie pojawił się tajemniczy młodzieniec w masce. Mimo, iż był najmłodszym
koszykarzem na boisku, to prezentował się całkiem nieźle, by nie powiedzieć
rewelacyjnie. W znaczącym stopniu ożywił
grę swojego zespołu, czym coraz bardziej mnie przekonywał. Swoją grą po prostu
mnie oczarował. I od tamtego spotkania z zaciekawieniem oraz nadzieją obserwuję
jego karierę. A gdy doszła do mnie wiadomość, że na liście zawodników
zgłoszonych do draftu NBA w 2008 roku jest Goran Gragić, byłem ogromnie
podekscytowany. Ostatecznie z dalekim 45 numerem wybrali go działacze San Antonio
Spurs, którzy jeszcze tego samego dnia oddali go do Phoenix Suns, a ja już
widziałem w jego osobie następcę Nasha.
Jak wkrótce się okazało.
Nie tylko ja miałem takie przeczucia, ponieważ działacze Słońc dość szybko
zaproponowali mu długo terminowy kontrakt, co jak na tak daleki numer draftu jest
rzadko spotykane. Początki Gorana w stanie Arizona były bardzo podobne do tych
z przygody w Hiszpanii. Miał problemy z aklimatyzacją, co również przełożyło
się na jago skąpą ilość minut na parkiecie. W swoim debiutanckim sezonie ledwie
raz wystąpił w pierwszej piątce Suns, a w całych rozgrywkach notował średnie na
poziomie 4.5 punktu w ledwie 13.2 minuty. Jednakże młody Słoweniec ponownie
pokazał swój ogromny hart ducha i nie zamierzał się tak łatwo poddawać, a pod swoje
skrzydła wziął go sam Steve Nash, który pokazał mu jak powinien grać prawdziwy
rozgrywający. Dragić nawet nie załamał się, kiedy w sezonie 2010/11 został
wytransferowany do Houston Rackets, gdzie łącznie rozegrał 88 meczów. Ponieważ
ponownie do Arizony postanowiły go ściągnąć władze Suns. A sam zawodnik miał w
zespole rozgrywać już zupełnie inną rolę. W ekipie Słońc przyszło mu zastąpić
swojego mentora i nauczyciela Nasha, który przeszedł do Los Angeles Lakers.
Dragić bardzo szybko zaczął spłacać swój dług w stosunku do działaczy klubu. W
sezonie 2012/13 wystąpił w 77 meczach (wszystkie w pierwszej piątce) zdobywając
średnio 14.7 punktu w 33.5 minuty.
Przełomowy rok!
Jednak
największy przełom w karierze bohatera tego artykułu nastąpił wraz z
rozpoczęciem turnieju Eurobasket 2013, który odbywał się jego ukochanej
ojczyźnie. Po raz pierwszy, to od niego najwięcej oczekiwano w reprezentacji
Słowenii. I pomimo, iż gospodarze skończyli turniej na piątym miejscu, to z
pełną świadomością muszę przyznać, że nie zawiódł swoich rodaków. Dragić grał
wręcz fenomenalnie i był prawdziwym liderem swojego zespołu. Jego doskonałą
dyspozycję docenili również władze FIBA, którzy wybrali go do pierwszej piątki
całego turnieju. A ja osobiście już zacieram ręce, bowiem już tego lata
ponownie będę mógł podziwiać Słowenię na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii, a w
ich barwach prawdopodobnie nie zabraknie Gorana.
Turniej w swoim
kraju Goran Dragić może uznać za udany, ale jego doskonałe występy są również
dowodem na to, że Słoweniec potrafi grać pod olbrzymią presją. Natomiast
aktualna dyspozycja jest po prostu naturalną koleją rzeczy. Goran nie jest już
tym młodzieńcem w masce z 2007 roku, a dorosłym, odpowiedzialnym, świadomym
swoich zalet koszykarzem. Owocny Eurobasket poprawił również jego samoocenę,
Dragić jest dużo pewniejszy w swoich poczynaniach na boisku, a wręcz czasami
bezczelny. Nie obawia się żadnego rywala, zarówno w defensywie, jak i w ofensywie.
Spory wpływ na
jego grę ma również trener Słońc – Jeff Hornacek, który sam w przeszłości był
znakomitym strzelcem. Nowy szkoleniowiec Suns zobaczył w nim połączenie
rozgrywającego z strzelcem i postanowił dać mu całkowitą swobodę na boisku.
Warto jednak wspomnieć, że Hornacek nie miał nic do stracenia, ponieważ jego
drużyna już na początku była skazywana na porażkę praktycznie z każdym. Ale
kolejne spotkania i zwycięstwa zespołu z Phoenix pokazywały sceptykom, że nowy
szkoleniowiec potrafił zbudować prawdziwy zespół, a główną siłą Suns jest Goran
Dragić. Na grze ze Słoweńcem zyskują
praktycznie wszyscy. W końcu swoje koszykarskie miejsce w NBA znalazł – Gerald
Green. A nieoczekiwanie dobrze z Goranem współpracuje filigranowy rozgrywający
Eric Bledsoe, którzy jeszcze przed kontuzją tworzył z nim duet nie do
zatrzymania. Z lepszej dyspozycji swojego rozgrywającego korzystają również
bracia Markieff i Marcus Morris. Natomiast prawdziwym objawieniem w grze z
Dragiciem stał się Miles Plumlee, który wcześniej „grzał ławę” w kolejnych
klubach, a teraz jest etatowym zawodnikiem pierwszej piątki.
Przez wiele lat
obserwowałem karierę Gorana Dragića z nadzieją, że kiedyś będzie w tym miejscu,
co jest teraz. I niezmiernie mnie to cieszy, że w końcu się doczekałem! Dragić
w swojej grze ma jeszcze sporo do poprawy, szczególnie w obronie. Jednak już
teraz przypomina zawodnika formatu All Star, a nawet był bardzo blisko udziału
w tegorocznym All Star Game, za co od Suns miał otrzymać milionową premię!
Pomimo, iż Goran jest już znakomitym zawodnikiem, to nadal z nadzieją będę
patrzał w jego przyszłość. Ponieważ jestem przekonany, że będzie jeszcze
lepszym koszykarzem. A jego 40 punktów przeciwko Pelicans, to dopiero początek!