sobota, 26 kwietnia 2014

Oddajmy hołd weteranom!

Chyba każdy, chciałby oglądać w Tauron Basket Lidze zespół skomponowany z samych młodych utalentowanych koszykarzy. Jednak, czy taki projekt miałby jakieś szanse na powodzenie? Raczej nie, bowiem od kogo na codziennych treningach ta młodzież miałby się uczyć? Nawet w bardzo podobnym projekcie – Polonia 2011 Warszawa, gdzie potencjał talentu był spory, to pewnego rodzaju rolę przewodnika i nauczyciela pełnił Leszek Karwowski. A jak wygląda obecnie sytuacja na parkietach TBL? Czy młodzi zawodnicy mają się od kogo uczyć?

Oczywiście młodzież to nasza przyszłość, a co za tym idzie przyszłość koszykówki w naszym kraju. Jednak ostatnio odnoszę nieoparte wrażenie, że zbytnio przeceniamy naszych młodych koszykarzy zapominając przy tym o innych znakomitych zawodnikach. A głównie mam tu namyśli tzn. weteranów, którzy w Polsce są raczej szeroko pomijani. W naszym kraju na graczy młodego pokolenia się „chucha i dumach”, natomiast zawodnicy po trzydziestce są zupełnie niedoceniani. Dlatego ja osobiście dużo bardziej przychylam się do systemu z USA, gdzie weteran jest szeroko szanowany. Tymczasem młody musi przez wiele lat zasłużyć sobie na ów szacunek.

Bardzo dobrym wzorem klubu, gdzie stworzono ciekawe połączenie doświadczenia z młodzieżą jest Asseco Gdynia. W Gdyni niezbędne doświadczenie od swoich kolegów mogą zbierać takie talenty jak: Filip Matczak, Sebastian Kowalczyk, czy Przemysław Żołnierewicz. W Asseco znakomicie ze swojej roli wywiązują się Piotr Szczotka (32 l.) oraz Przemysław Frasunkiewicz (35 l.). Na szczególne pochwały zasługuje kapitan zespoły z nad morza, który jest prawdziwym liderem drużyny. Już na pierwszy rzut oka widać, że młodzi koszykarze Asseco mają ogromny szacunek do niego i w pewnym sensie się na nim wzorują. Wzorem prawdziwego sportowca jest również Przemek Frasunkiewicz, który wrócił do gry po ciężkiej kontuzji, pokazując tym samym to, że nigdy nie należy się poddawać. Skrzydłowy Asseco notuje również najlepszy sezon od kiedy bronił barwy Polonii Warszawa w latach 2008/09, notując średnie na poziomie 7.6 punkty oraz 3.0 zbiórki na mecz. Tymczasem jego klubowy kolega Piotr Szczotka ze statystykami na poziomie 10.7 punktu i 6.9 zbiórki zalicza najlepszy sezon od roku 2005/06, kiedy wstępował w Stali Ostrów Wielkopolski.

Najlepszym przykładem na to jak ważnymi postaciami Tauron Basket Ligi są weterani, jest postać Filipa Dylewicza (34 l.), o którego przed sezonem walczyły wszystkie czołowe kluby TBL. Ostatecznie walkę o silnego skrzydłowego wygrał PGE Turów Zgorzelec, a sam Filip już o pierwszego meczu stał się podstawowym zawodnikiem w rotacji trenera Rajković’a. Dylewicz systematycznie również spłaca swój dług zaufania u szkoleniowca. Były gracz Trefla Sopot notuje aktualnie średnie na poziomie 10.7 punktu, 6.2 zbiórki oraz 2.4 asysty wychodząc we wszystkich spotkaniach w pierwszej piątce. Osiągnięcia te może na pierwszy rzut oka nie robią jakiegoś kolosalnego wrażenia, ale warto zauważyć, że reprezentuje on barwy klubu, który występuje w europejskich pucharach (VTB) oraz jest głównym faworytem do mistrzostwa Polski.

Natomiast celująco do budowy składu przed obecnym sezonem zabrali się działacze Rosy Radom – co podkreślę jeszcze raz! Od kilku lat w Radomiu buduje się silny ośrodek koszykówki, a co najważniejsze inwestuje się również w młodzież (mistrzostwo Polski do lat 20). Więc postanowiono również ściągnąć weteranów, którzy będą przykładem dla młodszych kolegów. Mocno w budowę klubu zaangażował się Hubert Radke (32 l.), który nawet awansował z tym Rosą do Tauron Basket Ligi. Hubert posiada olbrzymie doświadczenie i równie sporą wiedzę dotyczącą koszykówki. A poza boiskiem jest świetnym przykładem sportowca, który może osiągać również inne sukcesy zawodowe. Do Radomia po latach powrócił Łukasz Majewski (31 l.), który jest podstawowym zawodnikiem Rosy ze średnią 9.7 punkty oraz 3.6 zbiórki, a co najważniejsze pochodzi z Radomia i młodzież z tego regiony ma się z kim identyfikować. W Rosie prawdziwy renesans swojej kariery przechodzi również Robert Witka (32 l.). Jednak tak naprawdę budujące jest to, ze w Radomiu niezbędnego doświadczenia od swoich starszych kolegów mogą się uczyć tacy utalentowani zawodnicy jak: Damian Jeszke, czy Daniel Szymkiewicz.

Przez lata wrocławską publiczność cieszyli swoją grą tacy doskonali zawodnicy jak: Maciej Zieliński, Dominik Tomczyk, czy Adam Wójcik. Wszyscy oni stali się żyjącymi legendami Śląska Wrocław, jednak chyba nikt się nie spodziewał, że do tego grona dołączy Radosław Hyży (37 l.). Hyży kosztem swojej kariery zdecydował się na grę nawet w 2 lidze, by wyprowadzić dumę dolnego śląska z koszykarskich peryferii na koszykarskie salony. Na szczęście, ta sztuka mu się udała i ponownie możemy oglądać tego charakterystycznego zawodnika oraz Śląsk na parkietach Tauron Basket Ligi. Jednak szczerze muszę przyznać, że nigdy nie byłem zwolennikiem Radka w akcji, ponieważ jest to typ zawodnika, którego albo się kocha, albo nienawidzi. Jednakże ostatnie jego osiągnięcia sprawiają, że coraz bardziej szanuję go jako sportowca. A ostatni wyczyn przeciwko Kotwicy Kołobrzeg, w którym zdobył aż 22 punkty (10/10 z gry) oraz miał 5 zbiórek w ledwie 24 minuty był jednym z czynników do napisania  tego tekstu. Cieszy mnie również, że takiej charakterystycznej postaci mogą się przyglądać młodzi adepci koszykówki we Wrocławiu, bo to właśnie w ich szeregach rośnie nowy Zieliński, Tomczyk, Wójcik, czy Hyży.

Znakomicie weterani radzą sobie również w Kołobrzegu, jednak tam nie ma już tak zdolnej młodzieży, co trochę martwi. Ponieważ Rafał Bigus (37 l.) oraz Grzegorz Arabas (35 l.) mogliby być świetnymi nauczycielami koszykarskiego fachu. Bigus praktycznie od zawsze jest w lidze i pomimo upływu lat nadal prezentuje bardzo przyzwoity poziom. W wieku 37-lat notuje średnio 9.2 punktu i 8.2 zbiórki oraz eval na poziomie 13.9, to nawet w barwach Kotwicy musi robić wrażenie! Wyznacznikiem świetnego sportowca jest Grzegorz Arabas, który staje się prawdziwą legendą klubu i być może w przyszłości zostanie równie dobry szkoleniowcem.

W Starogardzie Gdańskim iście spektakularny powrót do Tauron Basket Ligi zaliczył Cezary Trybański (34 l.), który był rewelacją pierwszych tygodni nowego sezonu TBL. Pierwszy Polak na parkietach NBA nie wiadomo czemu, ale przez ostatnie lata musiał tułać się po niższych ligach na całym świecie. Gdy w końcu szansę na powrót do ojczyzny postanowił mu dać prezes – Roman Olszewski. Trybański nagle stał się wielką gwiazdą ligi, co zaowocowało m. in. transferem do AZS-u Koszalin oraz nominacją do pierwszej piątki Meczu Gwiazd. Były zawodnik Memphis Grizzlies, Phoenix Suns oraz New York Knicks jest idealnym przykładem na to, że czasem warto zaryzykować i zatrudnić zawodnika z teoretycznie większym „przebiegiem”. Czarek jak na 34-letniego centra, którego wszyscy już przekreślili notuje wręcz fenomenalne osiągnięcia statystyczne: 12.0 punktu, 9.6 zbiórki, 2.5 bloku oraz 20.0 punktów eval.

Od kilku dobrych lat obserwuję zmagania w naszej koszykarskiej ekstraklasie i bardzo często odnoszę  wrażenie, że my - dziennikarze, gdzieś w swoich relacjach zapominamy o tych doświadczonych, często mniej widocznych zawodnikach. Na każdym kroku podkreśla się osiągnięcia zagranicznych zawodników, czy naszej młodzieży. A koszykarze, którzy bardzo często poświęcają się dla dobra zespołu lądują na szarym końcu, bądź w ogóle są pomijani. Doceniajmy weteranów, ponieważ to oni są „solą” naszej ligi. Zagraniczni zawodnicy przychodzą i odchodzą, a ligę tworzą właśnie oni! Zadbajmy, o to by młodzi adepci koszykówki mięli od kogo się uczyć i na kim się wzorować.

    

czwartek, 17 kwietnia 2014

Nagrody za sezon zasadniczy 2013/14 NBA

MOST VOLUABLE PLAYER

1. Kevin Durant (Oklahoma City Thunder)
2. Lebron James (Miami Heat)
3. Kevin Love (Minnesota Timberwolvers)

Zdobywca tytułu MVP sezonu zasadniczego mógł być tylko jeden. Kevin Durant przez cały sezon prezentował się wręcz fenomenalnie. Zostając najlepszym strzelcem całej ligi (31.9 pkt.) oraz bijąc rekord samego Micheal Jordana. W jednym z wywiadów nawet największy jego rywal w tej kategorii – Lebron James przyznał, że statuetka MVP powinna właśnie trafić do lidera Thunder, co doskonale obrazuje jak udany sezon zasadniczy KD ma za sobą. Myślę, że na wyróżnienie zasłużył również Kevin Love, który przez większość rozgrywek dwoił się i troił w barwach Timberwolvers, notując średnie na poziomie 26.2 punktu i 12.5 zbiórek.

MOST IMPORVED PLAYER

1. Goran Dragić (Phoenix Suns)
2. Andre Drummond (Detrot Pistons)
3. Lance Stephenson (Indiana Pacers)

Faworytem do nagrody MIP jest Lance Stephenson, jednak w moim odczuciu statuetka powinna trafić do Gorana Dragić'a. Słoweniec z podstawowego zawodnika Suns, w trakcie sezonu wyrósł na prawdziwą gwiazdę i gracza formatu All-Stars, prowadząc swój zespół do kolejnych zwycięstw. Spory progres zanotował również Andre Drummond z Detroit Pistons, który z statystyk na poziomie 7 punktów i 7 zbiórek wskoczył na 13.4 punktu oraz 13.2 zbiórek, a w całym sezonie notował aż 56 spotkań z double-double przegrywając tą rywalizacje tylko z Kevinem Love.

DEFENSIVE PLAYER of the YEAR

1. DeAndre Jordan (Los Angeles Clippers)
2. Joakim Noah (Chicago Bulls)
3. P.J. Tucker (Phoenix Suns)

Co roku mam ogromne problemy z wytypowaniem najlepszego defensora ligi, ale w tym razem było inaczej. Moim zdaniem na tą nagrodę zasługuje DeAndere Jordan, który pod wodzą Doc’a Rversa stał się prawdziwą „Bestią” pod broniącym koszem (13.6 zbiórek i 2.5 bloku). Nie zdziwi mnie również, jak statuetka trafi do centra Bulls, ponieważ znakomita defensywa Chicago Bulls – to właśnie Joakim Noah.

SIXTH MAN of the YEAR

1. Jamal Crawford (Los Angeles Clippers)
2. Markieff Morris (Phoenix Suns)
3. Marco Belinelli (San Antonio Spurs)

W zeszłym roku rywalizację Jamal przegrał z znakomitym J.R. Smith’em. Jednak już w tym sezonie nie powinno być niespodzianek i nagroda powinna wpaść w ręce Crawforda. Etatowy rezerwowy ekipy z Los Angeles powinien dostać ją nie tylko za obecny sezon, ale chociażby za całokształt swojej kariery. Mimo to, sporą i dość niespodziewaną konkurencją dla rzucającego obrońcy Clippers jest Markieff Morris. Podkoszowy Suns ze statystykami na poziomie 13.8 punktu oraz 6.0 zbiórki jest jednym z największych zaskoczeń aktualnych rozgrywek.

ROOKIE of the YEAR

1. Victor Oladipo (Orlando Magic)
2. Michael Carter-Williams (Philadelphia 76ers)
3. Trey Burke (Utah Jazz)

Zdecydowanym faworytem jest Micheal Carter-Williams i to do niego prawdopodobnie powędruje statuetka. Jednak mi osobiście dużo bardziej przypadł do gustu Victor Oladipo i to z jednego prostego powodu, bowiem w moim odczuciu nowa gwiazda Magic ma dużo większy wpływ na końcowy wynik swojego zespołu. Jestem również przekonany, że w przyszłości Oladipo będzie znacznie lepszym zawodnikiem niż MCW.

COACH of the YEAR

1. Terry Stotts (Portland Trail Blazers)
2. Dwane Casey (Toronto Raptors)
3. Steve Clifford (Charlotte Bobcats)

Chyba nikt się nie spodziewał, że Blazers tak fenomenalnie rozpoczną nowy sezon NBA. Oczywiście jeśli spojrzeć na całe rozgrywki, uplasowali się ledwie na piątej pozycji, a może na aż piątej pozycji. Mimo to uważam, że zespół ze stanu Oregon ma za sobą bardzo udany sezon zasadniczy, a główna w tym zasługa Terry Stotts, który zrobił z nich prawdziwą drużynę. Natomiast z hali Moda Center prawdziwą twierdzę (31-10). Ogromną niespodzianką była również postawa Toronto Raptors, których świetnie z wysokości ławki prowadził Dwane Casey. Jednakże wyczyn szkoleniowca Blazers trochę bardziej mi imponuje, bowiem ścisk na zachodzie był znacznie większy na przestrzeni całych rozgrywek.  

Pierwsza Piątka: Kevin Durant (Thunder), Lebron James (Heat), Chris Paul (Clippers), Kevin Love (Wolvers), Joakim Noah (Bulls)


Druga Piątka: James Harden (Rockets), Damian Lillard (Blazers), Paul George (Pacers), Anthony Davis (Pelicans), DeMarcus DeRozan (Raptors)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Nike Hoop Summit - Przepustka do NBA?

Jak co roku na parkiet w hali Moda Center w Portland wybiegają najbardziej utalentowani zawodnicy młodego pokolenia z całego świata. W zeszłym roku furorę w spotkaniu Nike Hoop Summit robili Andrew Wiggins, Jabari Parker oraz Julius Randle, którzy już teraz szykują się do zbliżającego się Draftu NBA. A kto już za rok pójdzie w ślady swoich starszych kolegów?   

Czy jest Nike Hoop Summit?

Pomysł Nike Hoop Summit narodził się w 1995 roku. Pierwszy mecz tego typu rozgrywany był w Springhfield, a premierowe spotkanie zakończyło się zwycięstwem USA 86-77. W imprezie uczestniczą dwa zespoły, czyli wcześnie wspomniana drużyna USA z reprezentacją Reszty Świata. W zespołach występują teoretycznie najbardziej utalentowani zawodnicy z całego świata. W ekipie USA, to głównie zawodnicy, którzy właśnie kończą naukę na poziomie liceum i rozpoczynają swoją przygodę na studiach.

Z roku na rok mecz Nike Hoop Summit stał się coraz bardziej popularny, a zawodnicy, którzy w nim występowali bardzo często pojawiali się później na parkietach NBA. Przepustkę do najlepszej ligi na świecie otrzymali m.in. Kevin Garnett, Derrick Rose, Kevin Durant, czy klubowi koledzy Marcina Gortata – John Wall oraz Bradley Beal. Jednak to wydarzenie jest również niesamowitą szansą dla zawodników z poza Stanów Zjednoczonych. Najciekawszą historią campu jest ta o Dirku Nowitzkim, który jako zupełnie nieznany zawodnik drugiej Bundesligi poprowadził swój zespół do zwycięstwa 104:99. A sam Niemiec uzbierał na swoim koncie w tym meczu 33 punkty oraz 14 zbiórek. W niedalekiej przeszłości w tym prestiżowym spotkaniu mięli okazje występować również nasi rodacy. Barwy Polski reprezentowali odpowiednio: Przemysław Karnowski, Matusz Ponitka oraz Michał Michalak. Jednak pomimo to nadal nikt z nich nie przebił się na parkiety NBA.      

Najciekawsi zawodnicy tegorocznego Nike Hoop Summit.

USA

Jahlil Okafor – Center, Duke, rocznik 1995

Okafor to nowa wielka nadzieja uczelni Duke. Trener Mike Krzyżewski bardzo chciał ściągnąć tego podkoszowego do siebie i to mu się udało. Jahlil w swojej grze bazuje głównie na znakomitej pracy nóg. Jak na wysokiego zawodnika, jest niezwykle mobilny, co sprawia, że jest bardzo nowoczesnym środkowym. Posiada on również tzn. koszykarskie IQ, co powoduje, że świetnie się z nim współpracuje. Okafor pomimo młodego wieku, praktycznie nie posiada wad, a w swojej grze jest równie dobry w ataku, jak i w obronie. Doskonale odnajduje się tłoku podkoszowym oraz jest niesamowicie aktywny na atakowanej i bronione tablicy. Jednak nadal musi mocno pracować nad swoją motoryką i przygotowaniem fizycznym. Natomiast w grze jest raczej zawodnikiem kończącym akcje, niż kreującym swoich partnerów, co może okazać się sporym mankamentem w przyszłości. Jak prawdziwy Amerykański center również przechodzi prawdziwe katusze na linii rzutów wolnych.

W meczu: 14 punktów, 10 zbiórek oraz w przechwyt w 27 minut.

Myles Turner – Center, bez uczelni, rocznik 1996

Myles Turner jeszcze nie zdecydował, gdzie spędzie przyszły sezon, ale to wcale nie znaczy, że może narzekać na bark ofert. A o podkoszowego walczą same największe uczelnie. Turner to znakomity atleta i przykład idealnego sportowca. W swojej grze bazuje głównie na doskonałych warunkach fizycznych. Posiada nienaturalnie długie ręce, które pozwalają mu z łatwością blokować rzuty rywala. Turner podobnie jak Okafor, to idealny przykład nowoczesnego centra. Jednak w przeciwieństwie od swojego poprzednika on dużo lepiej czuje się w zespołowej koszykówce. Nie jest typem wielkiej gwiazdy, a raczej gracza, który swoją wszechstronnością pomaga swoim partnerom. Kolejnymi udanymi zagraniami, potrafi wręcz w pojedynkę zdominować strefę podkoszową zarówno w ataku, jak i w obronie. Jednak wciąż jest dużo lepszy w defensywie, niż w ofensywie. Stanowczo musi wzbogacić swój repertuar zagrań ofensywnych i poprawić się technicznie oraz pod względem fizycznym.

W meczu: 2 punkty, 3 zbiórki w 8 minut.

Cliff Alexander – Center/Silny Skrzydłowy, Kansas, rocznik 1995

Przez większość swojej dotychczasowej kariery występował na pozycji centra. W nowej uczelni Kansas, pewnie też będzie grał na tej pozycji. Jednak jego 205-208 cm wzrostu pozostawiają wiele do życzenia, jeśli chodzi o przyszłą karierę w NBA. Pomimo to, Alexander nadal jest uważany za jeden z większych talentów w Stanach Zjednoczonych. Doskonale radzi sobie w szybkościowej koszykówce, bowiem jest niesamowicie mobilnym podkoszowym. Również jak Turner jest niebywałym atletą, ale w porównaniu do Turnera jest znacznie silniejszy. W swoje grze przypomina swego rodzaju połączenie Blake’a Griffina z Dwightem Howardem. Ponieważ większość swoich akcji kończy niezwykle efektownymi wsadami. Największym jego mankamentem jest wręcz tragiczny rzut, nad którym musi mocno popracować w nadchodzącym roku. Gdyby nie słabsze warunki fizyczne, a dokładniej jego wzrost, to już teraz byłby prognozowany na pierwszy numer przyszłorocznego draftu.

W meczu: 6 punktów, 2 zbiórki w 20 minut.

Stanley Johnson – Niski Skrzydłowy, Arizona, rocznik 1996

Na swojej nowej uczelni – Arizona Stanley Johnson ma zastąpić samego Aarona Gordona. Bez wątpienia Johnson jest całkiem innym typem zawodnika co Gordon, jednak to nie znaczy że mniej efektownym i co najważniejsze efektywnym. Nowy skrzydłowy Arizony posiada znakomite warunki fizyczne, jak na gracza występującego na obwodzie. Johnson to niezwykle wszechstronny zawodnik, który w przeszłości z powodzeniem wstępował zarówno pod koszem, jak i na obwodzie. Doskonały pod tablicami oraz w agresywnej defensywie. Natomiast w ataku świetnie radzi sobie w grze na koźle. Jednak największa jego zaletą jest jego psychika, ponieważ już teraz prezentuje wyjątkowo dojrzałą koszykówkę. Potrafi również poświęcić się dla zespołu oraz trudno się w nim doszukać jakichkolwiek cech gwiazdorskich. Ale jeśli chce myśleć o występach na parkietach NBA, to stanowczo musi poprawić swój rzut. Ponieważ jak na zawodnika z pozycji niskiego skrzydłowego nie prezentuje się on najlepiej.

W meczu: 7 punktów, 3 zbiórki oraz przechwyt w 24 minuty.

Justise Winslow – Niski Skrzydłowy, Duke, rocznik 1996

Następny zawodnik, który w swojej grze bazuje głównie na swoim niesamowitym atletyzmie. W zespole Duke w pierwszej piątce ma zastąpić Jabari Parkera. Jednak Winslow jest całkiem innym typem zawodnika. Przede wszystkim jest doskonałym obrońcą, a jego największą zaletą jest defensywa, a nie ofensywa. Nie jest on typem gwiazdora i strzelca, który podbija kolejne rekordy punktowe. Justise jest raczej pracusiem, który odwala za kolegów czarną robotę. Potrafi poświęcić się dla dobra zespołu i nigdy się nie poddaje. Przykład prawdziwego walczaka. W swojej grze łudząco przypomina Micheal Kidd – Gilchrista z Charlotte Bobcats. Ale by zostać lepszym zawodnikiem, to musi zdecydowanie poprawić swój rzut.

W meczu: 16 punktów, 6 zbiórek, asysty oraz przechwyt w 22 minuty.  

Kelly Oubre – Niski Skrzydłowy, Kansas, rocznik 1995

W całym zestawieniu zdecydowanie najlepszy „dunker”, którego filmiki już podbijają serca sympatyków koszykówki w Stanach Zjednoczonych. W swojej grze bazuje głównie na świetnych i skutecznych penetracjach pod kosz przeciwnika. Kelly potrafi również wykorzystać swój niecodzienny wyskok w walce na tablicach. Jednak bezsprzecznie musi popracować nad pozostałymi aspektami sztuki defensywnej. Mocno kuleje u niego również odpowiednia selekcja rzutów, często w swojej grze wydaje się być zbytnio samolubny. Kelly Oubre to klasyczny przykład zawodnika, który uwielbia rzucać i zdobywać punkty, kosztem gry w obronie.

W meczu: 14 punktów, 5 zbiórek, 3 asysty oraz przechwyt w 24 minuty.

Tyus Jones – Rozgrywający, Duke, rocznik 1996

Przed nowym rozgrywającym elitarnej uczelni Duke stoi bardzo ambitny i wymagający cel. Ponieważ Jones ma poprowadzić swój nowy zespół do mistrzostwa NCAA. Wydaje się, że Mike Krzyżewski wybrał dobrze, bowiem Tyus to przykład klasycznego rozgrywającego. Świetnie czyta grę, co pozwala mu na kreowanie swoich partnerów. Dysponuje również znakomitym dryblingiem, dzięki czemu potrafi wymuszać faule rywala. Natomiast na linii rzutów wolnych wydaje się być bezbłędny. Przy tym wyróżnia się sporym zaangażowaniem. Największą jego wadą są skromne warunki fizyczne, które mogą mu przeszkodzić w karierze na parkietach NBA. W grze Jonesa widoczne są również bardzo złe nawyki jak: odpuszczanie w obronie, zbyt ryzykowne podania, czy lekceważenie przeciwnika.

W meczu: 13 punktów, 6 asyst oraz 5 przechwytów w 32 minuty.

Reszta Świata

Emmanuel Mudiay – Rzucający Obrońca/Rozgrywający, DR Konga, rocznik 1996

Kontynent Afrykański przez większość lat przyzwyczaił środowisko koszykarskie do tego, że ich głównym towarem eksportowym są wysocy zawodnicy o znakomitych warunkach fizycznych. Jak chociażby Serge Ibaka z Oklahoma City Thunder. Jednakże Emmanuel jest całkowicie innym zawodnikiem. A główną cechą, która go różni od gracza Thunder to, to że występuje na obwodzie. Ale również jak inni koszykarze z Afryki bazuje głównie na swoim atletyzmie. Pierwsze poważne koszykarskie szlify zbierał w Stanach Zjednoczony, dlatego więc łudząco przypomina w swojej grze zawodników z przeciwnej drużyny. Natomiast przyszły sezon spędzi na dość mało znanej uczelni – Southern Metholist. Posiada on niesamowitą wytrzymałość oraz wydolność, co sprawia, że jest wręcz idealnym przykładem sportowca. Dzięki swojej motoryce znakomicie radzi sobie w obronie oraz w koszykówce szybkościowej. Mudiay jak na zawodnika obwodowego ma spore problemy z rzucaniem, a raczej z seryjnym trafianiem. Jeśli chce myśleć o poważnej karierze na parkietach zdecydowanie musi poprawić ten aspekt. Pomimo to już teraz uznawany jest za kandydata do czołowych miejsc w przyszłorocznym drafcie NBA.

W meczu: 20 punktów, 2 zbiórki, 3 asysty oraz 2 przechwyty w 29 minut.

Trey Lyles – Silny Skrzydłowy, Kanada, Kentucky, rocznik 1995

Kolejny zawodnik, który pierwsze poważne kroki w swojej karierze stawiał w Stanach Zjednoczonych. Lyles jest bezwątpienia wielką nadzieją Kanady. Jak na młodego zawodnika już teraz dysponuje znakomitą techniką użytkową. Na parkiecie łudząco przypomina takie koszykarskie gwiazdy jak: Tim Duncan, czy Kevin Garnett. Trey to idealny przykład silnego skrzydłowego. Znakomity w grze tyłem do kosza oraz w rzutach półdystansowych oraz dystansowych. Pomimo swojego wzrostu dysponuje świetną pracą nóg. Lyles w swoje grze trochę gorzej radzi sobie w obronie. Jednak na silnej uczelni Kentucky Wildcats powinien zebrać niezbędnej ogłady w tym aspekcie.

W meczu: 9 punktów, 11 zbiórek oraz przechwyt w 25 minut.

Karl Towns Jr. – Center, Dominikana, Kentucky, rocznik 1995

Karl Towns na swojej nowej uczelni Kentucky Wildcats ma wraz z Trey Lyles stworzyć fenomenalny duet podkoszowy. Towns w przeciwieństwie do swojego przyszłego partnera, w strefie podkoszowej bazuje głównie na swoim przygotowaniu motoryczny. Karl to bardzo silny center, który momentami jest wręcz nie do zatrzymania dla przeciwnika. Jednak jak na centra dysponuje on bardzo dobrą pracą nóg, co sprawia, że jest wyjątkowo nowoczesnym podkoszowym. Podobnie jak jego nowy kolega z drużyny Lyles w swojej grze musi nabrać nieco więcej ogłady. Mimo to bardzo możliwe, że w przyszłości odniesie podobny sukces co jego rodak – Al Horford i stanie się podstawowym zawodnikiem jednego z klubów NBA.  

W meczu: 6 punktów, 8 zbiórek oraz 2 bloki w 17 minut.

Clint Capela – Center/Silny Skrzydłowy, Szwajcaria, rocznik 1994

Następny niezwykle utalentowany zawodnik podkoszowy w tym zestawieniu. Aktualnie występujący we Francji, gdzie reprezentuje barwy Elan Chalon. Na treningach przed meczem zrobił największe wrażenie na skautach oraz innych obserwatorach. Jego głównym atutem są niecodzienne warunki fizyczne. Posiada on nienaturalnie długie ręce oraz nogi, co sprawia, że mimo jego wieku nadal tkwi w nim ogromny potencjał. Większość ekspertów już teraz porównuje go do Anthony Davisa z New Orleans Pelicans. Jednakże jeśli chce myśleć o występach na parkietach najlepszej ligi na świecie, to z pewnością powinien popracować nad swoją techniką. A w szczególności nad swoim rzutem.

W meczu: 5 punktów, 3 zbiórki w 14 minut.

Sviatoslav Mykhailiuk – Rzucający Obrońca, Ukraina, rocznik 1997

Najmłodszy uczestnik meczu oraz campu Nike Hoop Summit, a w całym spotkaniu zdobył ledwie dwa punkty. Jednak mimo to uważany jest za największy obwodowy talent Europy wschodniej od czasów Matusza Ponitki. Podobnie jak nasz rodak w swojej grze bazuje głównie na swojej motoryce, ale również na swoje pewności siebie. Na dziennikarzach oraz skautach zrobił największe wrażenie w po treningowych wypowiedziach, ponieważ jak na ledwie 17-letniego zawodnika świetnie mówi po angielsku. Bardzo możliwe, że w niedalekiej przyszłości podejmie naukę na jednej z uczelni w Stanach Zjednoczonych, co w znaczącym stopniu przybliży go do kariery na parkietach NBA.

W meczu: 2 punkty w 13 minut.

Pełne statystyki mecz - klik

poniedziałek, 17 marca 2014

Po Mistrzostwach Polski U-20 - Analiza

Turniej Mistrzostw Polski do lat 20 już za nami, więc warto pochylić się na tym, dla kogo te mistrzostwa szczególnie były udane, oraz jacy zawodnicy wyróżniali się na tle swoich kolegów.


KS Rosa Sport Radom

Faworyt oraz gospodarz turnieju, który nie zawiódł wszystkich działaczy i kibiców Rosy. W Radomiu powstaje naprawdę bardzo silny ośrodek szkoleniowy, dla którego ten złoty medal jest niezwykle cenny. Po czwartym miejscu na zeszłorocznym turnieju, Rosa Radom znacząco się wzmocniła. Przed sezonem kontrakt z ekstraklasowym zespołem podpisał Damian Jeszcze, a w trakcie sezonu do drużyny dołączył Daniel Szymkiewicz. I trzeba przyznać, że bez tej dwójki Rosie byłoby bardzo trudno sięgnąć po złoty medal. A na pewno rozmiary ich sukcesu nie byłyby aż tak kolosalne.

Zasłużonym, bądź mniej zasłużonym, ale MVP mistrzostw Polski okrzyknięty został Daniel Szymkiewicz, który świetnie zaprezentował się po kontuzji. Szczególnie dobrze zagrał w pojedynku półfinałowym, w którym zdobył aż 20 „oczek”. Tym turniejem Szymkiewicz udowodnił, że nadal jest jednym z najlepszych, jak nie najlepszym koszykarzem z rocznika 1994 w naszym kraju.

Damian Jeszke może nie był wielką gwiazdą tych mistrzostw, ale wykonał kawał dobrej roboty. Były zawodnik SMS’u Cetniewo, to niezwykle wszechstronny skrzydłowy, który znakomicie radzi sobie zarówno na obwodzie, jak i pod koszem. Jest doskonałym przykładem nowoczesnego koszykarza, który potrafi powalczyć pod tablicami, a chwilę później trafić niezwykle cenną „trójkę”. Jeśli nadal będzie się tak rozwijał to w przyszłości może być znaczącym wzmocnieniem pierwszego zespołu Rosy.

Znakomicie zaprezentował się również Jakub Schenk, który sam przyznawał, że ten turniej jest dla niego najważniejszym turniejem w życiu. Rozgrywający udowodnił wszystkim, że dobrze sobie radzi w grze pod presją. A w silnym zespole Rosy zdecydowanie się wyróżniał. Tymi mistrzostwami dość pewnie zapukał do drzwi Kadry Polski do lat 20.

Swoim świetnym występem w finale (14 punktów) swój turniej życia zwieńczył Filip Zegzuła, który przed własną publicznością prezentował się wręcz fenomenalnie. A w układance trenera Karola Gutkowskiego był niezwykle ważnym ogniwem.

SKM Zastal Zielona Góra

Zastal na turniej finałowy wybierał się już mocno osłabiony, ponieważ w ich barwach brakowało m. in. braci Zywert, którzy nadal leczą kontuzję kolana. Jednakże mimo to, trener Bogusław Onufrowicz do Radomia zabrał całkiem niezły zespół. A ekipa z Zielonej Góry była uznawana ze jednego z faworytów do gry o medale. Młodsi koledzy aktualnego mistrza Polski nie zawiedli oraz z Radomia wywożą bezcenny srebrny medal, co mimo wszystko jest sporym osiągnięciem dla tego klubu. Jednak pewien niesmak pozostaje. Ponieważ ich finałowa porażka 82:35 w niczym nie odzwierciedla siły całej drużyny. Na przestrzeni całego turnieju drużyna Zastalu naprawdę prezentowała się całkiem nieźle. A „Wielkim Finale” po prostu zabrakło im odrobinę więcej szczęścia, bowiem nie wiadomo jakby się potoczył ten pojedynek, jeśli parkietu już w pierwszej kwarcie nie musiał opuszczać duet obwodowy Sirijatowicz-Ponitka.

Zdecydowanym liderem zespołu na boisku był Nikodem Sirijatowicz, który przez większość turnieju doskonale prowadził swoją drużynę. Wychowanek Zastalu w swojej grze łudząco przypomina Krzysztofa Szubargę. Świetnie gra na koźle oraz w akcjach „pick and roll”. Jak na rozgrywającego jest również silny fizycznie, co pozwoliło mu dominować nad słabszymi rywalami. Musi jednak poprawić swój rzut z dystansu, ponieważ na turnieju prezentował fatalną skuteczność w tym aspekcie.

Prawdziwym objawieniem turnieju był Marcel Ponitka. Ledwie 16-letni zawodnik w swojej grze imponował niezwykłym opanowaniem. Marcel jest trochę innego typu graczem, niż jego brat, ponieważ w swojej grze opiera się głównie na swoim znakomitym wyszkoleniu technicznym, a nie tak jak Mateusz na swojej motoryce. Jednak, gdy z czasem nabierz większej masy mięśniowej, może okazać się zawodnikiem formatu nawet NBA. Jak na razie widać, że jest to niezwykle utalentowany chłopak o wielkim potencjale.

Najlepszym strzelcem Zastalu był Radosław Turbacz, który jednak w najważniejszych momentach turnieju prezentował dużo poniżej oczekiwań. Szczególnie blado wypadł w finale, a drużyna Rosy obnażyła jego wszystkie słabości. Przeciętnie zaprezentowali się również Paweł Jasnos oraz Adrian Krawczyk, którzy mięli być liczącymi się postaciami Zastalu. To wszystko sprawia wrażenie, że dla ekipy z Zielonej Góry srebrny medal to ogromny sukces.

Trefl Sopot

Sopocianie na turniej do Radomia przybyli z bardzo ambitnym celem, a mianowicie ich początkowym założeniem było zdobycie medalu. Jednak pech prześladował Trefl już od pierwszego meczu. Kontuzja i choroba wyeliminowała odpowiednio Wojciecha Majchrzaka oraz Michała Kolendę, co spowodowało, że przez większość turnieju trener Marcina Kloziński był zmuszony znacznie uszczuplić swoją rotację. Sił koszykarzom z nad morza zdecydowanie brakowało w grupowym pojedynku z Basketem Poznań oraz w półfinałowym spotkaniu z Rosą Radom. Oba te mecze przegrali i zważywszy na wcześniejszą dość szczęśliwą wygraną nad SKS Starogard Gdański, można śmiało stwierdzić, że trenerzy oraz zawodnicy z Sopotu wykrzesali maksymalny wynik zdobywając brązowe krążki.

Trefl na przestrzeni całego turnieju prezentował miłą dla oka zespołową koszykówkę i raczej trudno w ich szeregach doszukiwać się zdecydowanych liderów. Systematycznie z meczu na mecz rozkręcał się Paweł Dzierżak, który kolejnymi udanymi występami udowadniał, że jest niezwykle wszechstronnym rozgrywającym. 18-letni zawodnik był pierwszym asystującym mistrzostw ze średnią 5,0 na mecz.

Doskonale zaprezentował się Grzegorz Kulka, który był prawdziwą siłą podkoszową swojego zespołu. Grzegorz to bardzo nowoczesny zawodnik, który mimo swojego wzrostu (203 cm) dobrze czuje się w grze zarówno przodem, jak i tyłem do kosza. Dzięki jego niecodziennej mobilności jest również niezwykle aktywny na tablicach. Kulka ze średnią 13 zbiórek na mecz został najlepszym zbierającym turnieju. O ile świetna dyspozycja Dzierżaka oraz Kulki nikogo nie zaskoczyła, to prawdziwym objawieniem w barwach Trefla była gra Wojciecha Czerlonko oraz Artura Włodarczyka. Pierwszy w wyjściowej piątce znakomicie zastąpił kontuzjowanego Majchrzaka, natomiast Włodarczyk perfekcyjnie odciążał od rozgrywania akcji Pawła Dzierżaka.

Biofarm Basket Junior Poznań

Najbardziej pechowy zespół Mistrzostw. Ekipa z Poznania rozpoczęła turniej wręcz fenomenalnie, ponieważ od trzech pewnych zwycięstw. Jednak w dwóch kolejnych meczach wyglądali jakby im ktoś odciął prąd. Basket ewidentnie nie wytrzymał tego turnieju pod względem kondycyjnym, ale i również mentalnym. Możliwość zdobycia nawet srebrnego medalu trochę ich chyba przerosła. Nie pomogła nawet obecność na ławce w ostatnim meczu Eugeniusza Kijewskiego. Patrząc na przebieg całego turnieju trochę żal koszykarzy z Wielkopolski, ponieważ potencjał tej drużyny był naprawdę wysoki.

Basket podobnie, jak Trefl to bardzo dobrze zbilansowany zespół, w który nie ma zdecydowanych liderów, dlatego trudno jest wyróżnić pojedyncze jednostki. Jednak jest kilku zawodników, którzy mogą zaliczyć ten turniej do udanych. Jednym z nich jest Jakub Fiszer, który przeplatał te dobre mecze z tymi słabszymi. Rzucający obrońca Basketu szczególnie wyróżniał się ogromną wolą walki. Jako jeden z niewielu pojedynek o trzecie miejsce może uznać za udany. W swojej grze opiera się głównie na szybkości oraz zwinności. Posiada również całkiem przyzwoity rzut dystansowy.

Bardzo przyzwoicie zaprezentował się również Michał Wielechowski, który praktycznie w każdym spotkaniu grał na swoim dobrym poziomie. Znakomicie mistrzostwa rozpoczął Filip Prufer, który przeciwko drużynie SKS Starogard Gdański zdobył 20 punktów i 11 zbiórek. Jednak w kolejnych meczach center Basketu nie grał już tak dobrze. W swojej grze nadal jest trochę „ciapowaty”, ale trzeba przyznać, że z roku na rok robi coraz większe postępy. Natomiast zdecydowanie zawiódł Damian Szymczak, którego z pierwszej piątki wygryzł Piotr Wieloch. Szymczak jak na reprezentanta Polski do lat 18 prezentował się dużo poniżej oczekiwań i jeśli nadal marzy o karierze w Kadrze już do lat 20, to musi się zabrać ostro do pracy.

Zawodnicy, którzy wyróżniali się w pozostałych zespołach:

Kacper Radwański (SKS Starogard Gdański) – Kacper tym turniejem udowodnił, że doświadczenie zebrane z parkietów Tauron Basket Ligi jest bezcenne. Był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem Mistrzostw na swojej pozycji. Wychowanek klubu ze Starogardu Gdańskiego, to doskonały przykład klasycznego strzelca, który dobrze operuje piłką. A punkty potrafi zdobywać zarówno po penetracji, jak i po rzucie z dystansu. Trudno na ten moment wyobrazić sobie Kadrę Polski U-20 bez Radwańskiego.

Dawid Morawiec (ŁKS SMS MG13 Łódź) – Bardzo wszechstronny rozgrywający, który był zdecydowanie najlepszym koszykarzem w swoim zespole. Praktycznie w pojedynkę zapewnił ekipie z Łodzi piąte miejsce. Ponieważ w meczu przeciwko SKS Starogard Gdański zagrał rewelacyjnie zdobywając 33 punkty, 11 zbiórek, 5 przechwytów oraz 2 asysty. Jednak nadal, jak na rozgrywającego w jego grze mocno kuleje stosunek asyst do strat.

Filip Struski (SKS Starogard Gdański) – Wraz z Radwańskim tworzyli iść zabójczy duet, ale w swojej grze byli trochę osamotnieni. Jednak mimo to zasługuje on na wyróżnienie, ponieważ wręcz notorycznie notował double-double. Bardzo dobry w grze przodem do kosza oraz w walce na atakowanej tablicy. Jednak w swojej grze musi poprawić grę tyłem do kosza oraz wzmocnić się fizycznie.


Piotr Stępak (AZS AGH Alstom Kraków) – Król strzelców całego turnieju oraz najlepszy zawodnik pod względem wskaźnika Eval. Rzucający obrońca, który uwielbia rzucać, co czasem nie przekłada się na wynik całego zespołu. Jednak bezsprzecznie jedyna jasna postać swojej drużyny.   

piątek, 14 marca 2014

"Kasa będzie jutro"


Film dokumentalny „Kasa będzie jutro” w ogóle nie dotyczy tematyki koszykarskiej i może jego miejsce nie jest na blogu dla fanów basketu. Jednak piłka nożna podobnie, jak koszykówka jest sportem. Sam film nie zajmuje się samą piłą nożną, a raczej otoczką wokół klubu. Cała historia bardzo mnie urzekła, ponieważ nie wiadomo skąd, ale mam sentyment do Polonii Warszawa. I doskonale pamiętam jak w podobnych warunkach ta koszykarska Polonia musiała się żegnać w 2011 roku z ekstraklasą. A jeszcze w 2004 oraz 2005 roku świętowała zdobycie brązowego medalu. Niestety pech nie opuścił również ich piłkarskich kolegów…



Polonia Warszawa obecny sezon rozpoczęła w IV lidze. Natomiast koszykarska Polonia, przed  sezonem wykupiła dziką kartę na grę w II lidze i właśnie awansował do fazy play-off. Miejmy nadzieje, że potęga Polonii już niedługo się odrodzi oraz będziemy mogli ich obserwować na parkietach i murawach ekstraklasy! 

sobota, 8 marca 2014

Goran Dragić - Słoweński Wojownik

28 lutego Goran Dragić w zwycięskim pojedynku 116:104 nad New Orleans Pelicans zdobył aż 40 punktów, tym samym ustanawiając swój indywidualny rekord punktowy. Ale tym osiągnięciem stał się również bohaterem całej koszykarskiej Słowenii. Ten niespełna 2 milionowy kraj, od wielu lat jest zakochany w koszykówce, a sam Dragić staje się ich wizytówką na koszykarskiej mapie świata.

Początki

Goran Dragić pierwsze poważne kroki w swojej karierze stawiał w zespole Ilirija Lublana, którego barw bronił w drugiej lidze słoweńskiej. Jednak w drużynie, w której się wychował nie zagrzał długo miejsca, ponieważ szybko jego talent zauważyli działacze Slovana Lublana. W Slovanie spędził dwa kolejne lata zdobywając z nim m. in. Mistrzostwo Słowenii. Mierzący 191 cm wzrostu zawodnik dość szybko stał się podstawowym graczem ekipy Slovana. W ostatnim sezonie notował średnie na poziomie 11.3 punktu, co zaowocowało transferem do silnej ACB. W Hiszpanii reprezentował barwy CB Murcia, w której jednak prezentował się dość przeciętnie i nic nie prognozowało, że w przyszłości będzie podstawowym zawodnikiem jednego z klubów NBA. Po nieudanej rocznej przygodzie w Murcji postanowił powrócić do kraju. A jego osobą zainteresowali się działacze mistrza Słowenii. W ekipie Olimpjia Lublanagrał wręcz fenomenalnie, jak na nastolatka. W lidze notował średnie na poziomie 11.3 punktu oraz 3.3 asysty, natomiast w Eurolidze 9.7 punktu i 3.0 asysty. Jego dobra dyspozycja zaowocował również powołaniem do kadry U-20, z którą zdobył mistrzostwo Europy w 2004 roku. Jednak sam Dragić nie odgrywał w niej większej roli, ponieważ gwiazdami tamtej drużyny byli bracia Lorbek. Pomimo to, postanawiał się nie poddawać i dzięki znakomitemu sezonowi w Olimpii otrzymał powołanie do pierwszej reprezentacji na prestiżowy Eurobasket w 2007 roku w Hiszpanii.

Tajemniczy młodzieniec w masce

Właśnie na turnieju w Hiszpanii, po raz pierwszy miałem okazje oglądać Dragića w akcji. Doskonale pamiętam, jak w meczu Słowenii z Polską w połowie pierwszej kwarty na parkiecie pojawił się tajemniczy młodzieniec w masce. Mimo, iż był najmłodszym koszykarzem na boisku, to prezentował się całkiem nieźle, by nie powiedzieć rewelacyjnie.  W znaczącym stopniu ożywił grę swojego zespołu, czym coraz bardziej mnie przekonywał. Swoją grą po prostu mnie oczarował. I od tamtego spotkania z zaciekawieniem oraz nadzieją obserwuję jego karierę. A gdy doszła do mnie wiadomość, że na liście zawodników zgłoszonych do draftu NBA w 2008 roku jest Goran Gragić, byłem ogromnie podekscytowany. Ostatecznie z dalekim 45 numerem wybrali go działacze San Antonio Spurs, którzy jeszcze tego samego dnia oddali go do Phoenix Suns, a ja już widziałem w jego osobie następcę Nasha.

Jak wkrótce się okazało. Nie tylko ja miałem takie przeczucia, ponieważ działacze Słońc dość szybko zaproponowali mu długo terminowy kontrakt, co jak na tak daleki numer draftu jest rzadko spotykane. Początki Gorana w stanie Arizona były bardzo podobne do tych z przygody w Hiszpanii. Miał problemy z aklimatyzacją, co również przełożyło się na jago skąpą ilość minut na parkiecie. W swoim debiutanckim sezonie ledwie raz wystąpił w pierwszej piątce Suns, a w całych rozgrywkach notował średnie na poziomie 4.5 punktu w ledwie 13.2 minuty. Jednakże młody Słoweniec ponownie pokazał swój ogromny hart ducha i nie zamierzał się tak łatwo poddawać, a pod swoje skrzydła wziął go sam Steve Nash, który pokazał mu jak powinien grać prawdziwy rozgrywający. Dragić nawet nie załamał się, kiedy w sezonie 2010/11 został wytransferowany do Houston Rackets, gdzie łącznie rozegrał 88 meczów. Ponieważ ponownie do Arizony postanowiły go ściągnąć władze Suns. A sam zawodnik miał w zespole rozgrywać już zupełnie inną rolę. W ekipie Słońc przyszło mu zastąpić swojego mentora i nauczyciela Nasha, który przeszedł do Los Angeles Lakers. Dragić bardzo szybko zaczął spłacać swój dług w stosunku do działaczy klubu. W sezonie 2012/13 wystąpił w 77 meczach (wszystkie w pierwszej piątce) zdobywając średnio 14.7 punktu w 33.5 minuty.

Przełomowy rok!

Jednak największy przełom w karierze bohatera tego artykułu nastąpił wraz z rozpoczęciem turnieju Eurobasket 2013, który odbywał się jego ukochanej ojczyźnie. Po raz pierwszy, to od niego najwięcej oczekiwano w reprezentacji Słowenii. I pomimo, iż gospodarze skończyli turniej na piątym miejscu, to z pełną świadomością muszę przyznać, że nie zawiódł swoich rodaków. Dragić grał wręcz fenomenalnie i był prawdziwym liderem swojego zespołu. Jego doskonałą dyspozycję docenili również władze FIBA, którzy wybrali go do pierwszej piątki całego turnieju. A ja osobiście już zacieram ręce, bowiem już tego lata ponownie będę mógł podziwiać Słowenię na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii, a w ich barwach prawdopodobnie nie zabraknie Gorana.

Turniej w swoim kraju Goran Dragić może uznać za udany, ale jego doskonałe występy są również dowodem na to, że Słoweniec potrafi grać pod olbrzymią presją. Natomiast aktualna dyspozycja jest po prostu naturalną koleją rzeczy. Goran nie jest już tym młodzieńcem w masce z 2007 roku, a dorosłym, odpowiedzialnym, świadomym swoich zalet koszykarzem. Owocny Eurobasket poprawił również jego samoocenę, Dragić jest dużo pewniejszy w swoich poczynaniach na boisku, a wręcz czasami bezczelny. Nie obawia się żadnego rywala, zarówno w defensywie, jak i w ofensywie.

Spory wpływ na jego grę ma również trener Słońc – Jeff Hornacek, który sam w przeszłości był znakomitym strzelcem. Nowy szkoleniowiec Suns zobaczył w nim połączenie rozgrywającego z strzelcem i postanowił dać mu całkowitą swobodę na boisku. Warto jednak wspomnieć, że Hornacek nie miał nic do stracenia, ponieważ jego drużyna już na początku była skazywana na porażkę praktycznie z każdym. Ale kolejne spotkania i zwycięstwa zespołu z Phoenix pokazywały sceptykom, że nowy szkoleniowiec potrafił zbudować prawdziwy zespół, a główną siłą Suns jest Goran Dragić. Na  grze ze Słoweńcem zyskują praktycznie wszyscy. W końcu swoje koszykarskie miejsce w NBA znalazł – Gerald Green. A nieoczekiwanie dobrze z Goranem współpracuje filigranowy rozgrywający Eric Bledsoe, którzy jeszcze przed kontuzją tworzył z nim duet nie do zatrzymania. Z lepszej dyspozycji swojego rozgrywającego korzystają również bracia Markieff i Marcus Morris. Natomiast prawdziwym objawieniem w grze z Dragiciem stał się Miles Plumlee, który wcześniej „grzał ławę” w kolejnych klubach, a teraz jest etatowym zawodnikiem pierwszej piątki.


Przez wiele lat obserwowałem karierę Gorana Dragića z nadzieją, że kiedyś będzie w tym miejscu, co jest teraz. I niezmiernie mnie to cieszy, że w końcu się doczekałem! Dragić w swojej grze ma jeszcze sporo do poprawy, szczególnie w obronie. Jednak już teraz przypomina zawodnika formatu All Star, a nawet był bardzo blisko udziału w tegorocznym All Star Game, za co od Suns miał otrzymać milionową premię! Pomimo, iż Goran jest już znakomitym zawodnikiem, to nadal z nadzieją będę patrzał w jego przyszłość. Ponieważ jestem przekonany, że będzie jeszcze lepszym koszykarzem. A jego 40 punktów przeciwko Pelicans, to dopiero początek! 


piątek, 31 stycznia 2014

David Stern - Thank You!

Dziś jest ostatni dzień panowania Davida Sterna na stanowisku głównego komisarza NBA. A schedę po nim obejmuje, jego "prawa ręka", czyli Adam Silver. 

Stern nad najlepszą ligą panował od 30 lat. I pomimo, iż wielokrotnie krytykowałem go na łamach tego blogu, to mimo wszystko chciałbym mu podziękować. Ponieważ przejął NBA, która była w wielkim kryzysie ekonomicznym. Poprzednie władze zbytnio nie wiedziały jak zająć się tą sprawą. A sam David Stern długo się nie zastanawiał i zakasał rękawy oraz zabrał się do ciężkiej pracy. Nie chciałbym się zbytnio szczegółowo na jego temat rozpisywać, ponieważ Stern to osoba, o której można pisać książki, a pojedynczy artykuł raczej, by nie zobrazował, co tak naprawdę osiągnął.

Wielu uważa go za szczęściarza, ponieważ objął władzę, kiedy pasjonujący finał NBA rozgrywali Los Angeles Lakers z Boston Celtics. A bohaterami tych spotkań byli - Magic Johnson i Larry Bird. W drafcie z jedynką wybrany został Michael Jordan. Jednak moim zdaniem Stern jako jeden z niewielu ludzi w NBA wiedział jak wykorzystać ten potencjał, by stał się produktem światowym. Wprowadził różne nowoczesne przepisy, które miały zmusić kluby do rozsądniejszego wydawania swoich pieniędzy. A przy tym potrafił przyciągnąć sponsorów i telewizję do ligi. Postaci Magica, Brida, czy nawet Jordana tylko i wyłącznie były częścią jego sprytnej układanki.

Wielu sympatyków koszykówki zapomina, że wygląd dzisiejszej NBA zawdzięczamy tylko i wyłącznie jemu. A sam David jest doskonałym przykładem człowieka, który potrafił zrobić z niczego, coś wielkiego. Objął ligę z ogromnie zadłużonymi klubami. Z zawodnikami, którzy mięli powszechną opinię przepłacanych ćpunów. Natomiast hale sportowe były przestarzałe i na ogół wiały pustkami. To wszystko składa się na niezbyt atrakcyjny produkt, który bardzo trudno sprzedać np. telewizji, czy reklamodawcą. Natomiast koszykówka w USA była na szarym końcu. 

Jednak mimo to w swoim 30 letnim panowaniu Stern zrobił coś niesłychanego. Aktualnie NBA jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych lig na świecie, patrząc na wszystkie dyscypliny. A co najważniejsze jest drugim sportem pod względem popularności w Stanach Zjednoczonych. Dziś NBA to wzór, jeśli chodzi o poziom finansowy i sportowy. Transmisje przekazywane są w 215 krajach, a umowa z TNT i ESPN dale lidze rokrocznie około 930 mln dol., a średnia wartość klubu to 634 mln. Gdy Stern przejął władzę wszystkie 23 kluby były warte łącznie 400 mln!

Oczywiście podczas jego panowania miało miejsce wiele sytuacji, które mocno nadszarpnęły wizerunek NBA. Jednak mimo to nadal potrafił rządzić twardą ręką, dzięki czemu liga stawała się jeszcze silniejsza. Bez wątpienia David Stern odchodzi jako najlepszy komisarz NBA, który potrafił zrobić z ligi światowy produkt najwyższej klasy. Prognozuje się, że zyski NBA w 2016 roku mają sięgać ponad miliard dolarów! To wszystko sprawia, że każdy fan najlepszej ligi koszykarskiej na świecie powinien serdecznie podziękować Davidowi Sternowi, a nie wygwizdywać go przy każdej nadarzającej się okazji. Ponieważ gdyby nie ten człowiek nie moglibyście podziwiać takich wspaniałych zawodników jak Jordan, Bryant, James, czy najnowsze jego odkrycie Kevin Durant.  



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Real Madryt gotowy na NBA?

Od kilku miesięcy władzę nad NBA nieoficjalnie sprawuje Adam Silver, który już 1 lutego na stanowisku komisarza ligi ma zastąpić Davida Sterna. Jednym z pierwszych dużych ruchów nowego sternika najlepszej ligi na świecie ma być problem systemu rozgrywek. A głównie chodzi o rolę Konferencji i Dywizji, w których występują zespoły. System bez wątpienia jest przestarzały i przydałaby się mała modyfikacja. Jednak sam Silver przyznał, że w grę wchodzi nawet zupełnie inny pomysł. Pomysł Konferencji, czy Dywizji Europejskiej jak dotąd był dość odległym i pewnie nadal jest zbyt ambitnym pomysłem. Jednak formę jaką prezentuje jeden z zespołów występujących na Starym Kontynencie sprawia, że nie jest to aż tak odległe marzenie.

Real Madryt w tym sezonie udowadnia wszystkich wokół, że poziom ich rodzimej liga, a nawet Euroligi jest zbyt niski, dla ich obecnej formy. Królewscy od początku nowych rozgrywek prezentują się wręcz fenomenalnie, odprawiając z kwitkiem kolejnych rywali. Ich dotychczasowa dyspozycja pokazuje, że już teraz prawdopodobnie przyzwoicie prezentowali, by się na parkietach NBA. Może nie od razu awansowaliby do fazy play-off, ale na pewno nie byliby przysłowiowym – „chłopcem do bicia”. Mimo czwartkowej porażki w Moskwie przeciwko CSKA to statystyki klubu ze stolicy Hiszpanii prezentują się fenomenalnie. Do wczoraj nie przegrali oni od 29 spotkań!!! Mistrz Hiszpanii w Lidze Endesa (ACB) jest niepokonany od 17. kolejek średnio pokonując swoich przeciwników różnicą 18 punktów. W każdym meczu rzucają średnio 87 punktów, tracąc ledwie 69 punktów. A warto zauważyć, że ACB jest jedną, jak nie najsilniejszą ligą w Europie. Realowi znacznie lepiej wiedzie się w Eurolidze. W koszykarskiej Lidze Mistrzów w fazie grupowej pokonywali swoich rywali średnią różnicą 24 punktów. Zdobywając prawie 90 punktów na mecz, a tracąc 65 punktów. Statystyki te muszą robić wrażenie oraz doskonale pokazują, że prezentują wręcz galaktyczną koszykówkę. Jaki jest sekret ich kolejnych sukcesów?

Przede wszystkim trener. Od 2011 roku szkoleniowcem Realu jest Pablo Laso. W przeszłości był całkiem niezłym rozgrywającym, a jako trener nigdy nic wielkiego nie osiągnął. Jego zatrudnienie w Madrycie było sporym zaskoczeniem. Jednak sam Laso nie zaważając na przeciwności systematycznie ulepszał swój zespół. A obecne sukcesy drużyny, są głównie jego zasługą.

Jednak bez wątpienia ich największą siłą jest wyrównany i zbilansowany skład. Włodarze klubu wraz z trenerem systematycznie oraz bardzo rozsądnie go wzmacniali. Za nowymi zawodnikami szły również większe sukcesy, od zeszłorocznego finału Euroligi, który niestety przegrali. Ale była to jedna z nielicznych  porażek w zeszłym sezonie. A samo dojście do wielkiego finały jest już sporym sukcesem. Mimo wszystko warto jeszcze raz obejrzeć ten mecz, ponieważ w tych rozgrywkach koszykarskiej Ligi Mistrzów możemy już nie ujrzeć przegranej Królewskich.

W końcu swoje miejsce na koszykarskiej mapie odnalazł Sergio Rodriguez, który przeżywa drugą młodość w Madrycie. W barwach Realu prezentuje niezwykły poziom, jak na warunki Europy. W takiej formie z powodzeniem mógłby być jednym z czołowych rozgrywających w NBA. Rodriguez większość meczów rozpoczyna w roli rezerwowego. Pomimo to jest głównym kandydatem do nagrody MVP Ligi Endensa oraz jednym z kandydatów do tej samej nagrody w Eurolidze. Po odejściu Ante Tomića do FC Barcelony, w pełni skrzydła mógł rozwinąć Nikola Mirotić. Pochodzący z Bałkanów Hiszpan jest prawdziwym objawieniem tego sezonu i wyrasta na prawdziwego lidera Realu. Mirotić to idealny przykład nowoczesnego podkoszowego. Mimo swojego wzrostu jest niezwykle mobilnym zawodnikiem, który dysponuje bardzo dobrym rzutem zarówno z dystansu, jak i półdystansu. Już teraz mocno zabiegają o niego włodarze Chicago Bulls, którzy wybrali go w drafcie w 2011 roku (23 nr.). W USA porównywany jest nawet do Pau Gasola.  

Jednak Rodriguez i Mirotić to nie wszystko. Warto pamiętać, że barw Realu bronią tacy doskonali zawodnicy jak: Rudy Fernandez, Sergio Llull, czy też Amerykanie: Jaycee Carroll, Marcus Slaughter, Termmell Darden oraz Dantaye Draper. A przed sezonem wzmocnił ich jeden z najlepszych centrów na Startym Kontynencie, czyli Grek – Ioannis Bourousis. Wręcz doskonałą całość uzupełnia chodząca legenda Królewskich – Felipe Reyes, który ostatnio mocno dał się we znaki Maciejowi Lampe, przy okazji Gran Derbi.

Gra Realu Madryt w tym sezonie jest czymś wyjątkowy. Odprawiają z kwitkiem kolejnych rywali, udowadniając tym samym, że konferencja, bądź dywizja NBA po za granicami Stanów Zjednoczonym ma sens, a sama liga bardzo, by na tym zyskała. Jednak jak na razie jest to bardzo odległe marzenie…a szkoda!