niedziela, 2 listopada 2014

Why Emocje.tv? Why?



Jeszcze kilka dni temu byłem jedną z nielicznych osób, która nie tyle broniła co nie była zaskoczona wysokim abonamentem miesięcznym na Emocje.tv. Ponieważ spodziewałem się, że jeśli pojedynczy mecz kosztuje średnio od 4 do 7 złotych, to abonament miesięczny na pewno nie będzie promocyjny. Niestety żyjemy w takim kraju, gdzie jak czegoś nie zakodujemy albo nie zaproponujemy kosmicznej ceny, to po prostu nie będziemy sobą – taka mentalność. Za swoją opinię, a raczej brak rozczarowania wysoką ceną zapłaciłem na Twitterze, gdzie krytykowano moją opinię. Ale nie o to chodzi.


Dziś z różnych niesprzyjających okoliczności nie mogłem wybrać się na mecz Asseco Gdynia ze Stelmetem Zielona Góra, co raczej jest rzadkością. Ponieważ przez dwa ostatnie sezony nie opuściłem żadnego domowego spotkania Asseco. Mimo, to nie byłem zbytnio zawiedziony, ponieważ wiedziałem, że jest alternatywa. A tą alternatywą miły być Emocje.tv. Niestety, ale moje nadzieje były złudne. Bowiem z jakiegoś powodu serwis po prostu nie odpowiadał, co mnie niezwykle irytowało. Rozczarowany podzieliłem się swoją sytuacją na Twitterze z nadzieję na pomoc. Niestety, ale kolejny raz okazało się, że Emocje.tv owych emocji pozbawiło nie tylko mnie, ale i kilku innych fanów basketu.


Nigdy nie łudziłem się, że Emocje.tv będą namiastką NBA League Passa. Jednak byłem pełny nadziei , albo po prostu naiwny. Teraz przez nich wychodzę na hipokrytę i prawdziwego Polaka. Bowiem jak tu nie narzekać? Jak w taki sposób odmawiają mi emocji i meczu ukochanego klubu. Wcześniej byłem jednym z nielicznych, którzy bronili serwis. Ale w obecnej sytuacji bardzo trudno doszukać się jakichkolwiek pozytywów. Muszę posypać głowę popiołem i przyznać rację kibicom oraz moim kolegą po fachu, którzy tak krytykowali serwis. Ponieważ Emocje.tv i jego sposób funkcjonowania – a raczej nie funkcjonowania – to ogromne nieporozumienie, za które na dodatek trzeba płacić.


No nic.. w tak brutalny sposób pozbawiony emocji. Nie pozostało mi nic innego jak zaparzyć herbatę i zasiąść do książki w oczekiwaniu na starą dobrą telewizję. I wieczorne pojedynki na antenach Polsat Sport oraz Canal Plus.       

wtorek, 28 października 2014

Koszykarska sinusoida - czyli derby Trójmiasta



W piątek obowiązkowo wybrałem się na derby Trójmiasta w Taroun Basket Lidze, czyli pojedynek Trefla Sopot z Asseco Gdynia. W związku z tym chciałbym podzielić się kilkoma obserwacjami i wnioskami z tego emocjonującego spotkania.

Trefl Sopot

-  Sarunas Vasiliauskas bardzo słabo broni 1 na 1, jego przeciwnik z tej pozycji A.J. Walton bez większego problemu mijał pole trzech sekund

- Deshawn Painter to prawdziwy walczak, ale w ataku praktycznie bezproduktywny

-  Deshawn Painter dobrze radzi sobie w akcjach 1 na 1 z małymi zawodnikami

- Eimantas Bendzius bardzo słaby na koźle, w pierwszej kwarcie zupełnie bezproduktywny

- mocno przeciętna zona press oraz strefa 2-3 Trefla, szczególnie pod koszem

- Marcin Stefański w pierwszej połowie bardziej przeszkadzał, niż pomagał, gdyby nie jego mocna pozycja w Sopocie zostałby wygwizdany przez kibiców – dużo poniżej oczekiwań  

- przed Marcinem Dutkiewiczem jeszcze sporo indywidualnej pracy, widać że kolano nie jest w pełni sprawne

- Paweł Leończyk jak zwykle niezawodny, nie schodzi poniżej swojego poziomu

- Willie Kemp w pierwszej połowie zupełnie niewidoczny, a w drugiej nie wiele lepiej

- przez większość meczu tragiczna defensywa

- Michał Michalak - ze zmiennym szczęściem - stara się być liderem obwodowym drużyny

- brak jakiejkolwiek koncepcji na lepiej grające Asseco

- zupełne niewykorzystanie słabości A.J. Walton, który na parkiecie mógł robić dosłownie wszystko

- zagubiony trener Darius Maskoliunas

- faworyzowanie Litewskich graczy

- brak szansy gry dla zdolnej młodzieży Trefla

Asseco Gdynia

- A.J. Walton wykorzystywał wszystkie słabości obronne Litwina, mądrze nie uciekając do rzutu dystansowego i półdystansowego, a penetrując w pole trzech sekund

- Asseco znowu nękało swoich rywali pułapkami obronnymi po zdobytych punktach, co jest nowością w taktyce Davida Dedka

- Filip Matczak za często po zmianie na zasłonie mały – duży ucieka do półdystansu, zamiast mijać do kosza

- Ovidijus Galdikas potężny zasięg, ale widocznie nie radzi sobie w grze na kontakcie – nadal jest to jego największa wada

- dobrze pod koszem zarówno w ataku, jak i w obronie radził sobie Jakub Parzeński – zdecydowanie najlepszy jego mecz w tym sezonie TBL

- Sebastian Kowalczyk skutecznie napędzał ataki swojej drużyny – nie boi się już podejmować ryzykownych decyzji

- Lazar Radosavljevic dobry w ataku, ale przeciętny w obronie, co niezwykle irytuje Davida Dedka

- Lazar Radosavljevic w ataku bardzo często gra - zmiennym szczęściem -  jako udawany silny skrzydłowy

- słaba skuteczność Asseco za trzy, co było ich największą siłą w poprzednim sezonie

- brak odpowiedniej koncentracji w trzeciej kwarcie

- odpowiednim momencie David Dedek opanował sytuacje na parkiecie

- Piotr Szczotka niewidoczny, ale robił swoje – szczególnie w momentach kryzysowych

- kolejny raz doskonałe wykorzystanie atutów najmłodszych zawodników

- mimo wszystko bardzo dobry mecz Filipa Matczaka

- punkty młodzieży: 35 Asseco – 0 Trefl

Podsumowując

Działacze oraz fani Trefla Sopot broną swój zespół, używając m.in. argumentu, że mają pecha, że mecz ze Śląskiem przegrali jednym punktem itd. Oczywiście to podejście miałoby sens, gdyby sam Trefla broniłby się samą grą. Ponieważ rzeczywiście w sporcie przydaje się szczęście. Jednak Trefl prezentuje się fatalnie i tu nie chodzi o samą grę. Zupełnie zagubiony jest Darius Maskoliunas, który wyżywa się na swoich zawodnikach zamiast samemu znaleźć rozwiązanie problemu. Przed sezonem jedną z obietnic działaczy było to, że znacznie więcej minut będą otrzymywać Grzegorz Kulka, Paweł Dzierżak czy nawet Artur Włodarczyk. Tymczasem faworyzowani są Litewscy gracze, którzy mogą popełniać mnóstwo błędów, a mimo to grają. Nie wiem również jaki był sens zatrudnienia Willie Kempa, który nie daje w ogóle jakości swojej nowej drużynie (w meczu z Asseco 0 punktów w 24 minuty). Oczywiście te wszystkie błędy są spowodowane jednym – niskim budżetem. Ale chyba Kulka, Dzierżak czy Włodarczyk „kokosów” nie zarabiają i warto byłoby dać im chociaż szansę. A może właśnie, że tych „kokosów” nie zarabiają, to nie otrzymują szansy?

Osobiście bardzo szanuje Dariusa Maskoliunasa jako człowieka i byłego zawodnika, który naprawdę zrobił bardzo wiele dla Trójmiejskiej koszykówki. Ale już chyba zawsze będę uważał, że nie jest to trener dla drużyny gdzie ma grać młodzież. W przeszłości problemy ze zrozumieniem mieli z nim Michał Michalak, David Brembly, Łukasz Jaśkiewicz. A teraz przez tą samą „szkołę życia” przechodzą Grzegorz Kulka, Paweł Dzierżak oraz Artur Włodarczyk. Co mnie niezwykle irytuje, bo znam tych chłopaków z parkietów młodzieżowych i wiem, że ich potencjał jest naprawdę spory. Może Maskoliunas pewnego pięknego dnia powinien przedzwonić do Davida Dedka i zaprosić go na obiad i grzecznie poprosić o wytłumaczenie jak zaufać młodym koszykarzom. A może po prostu skupić się na pracy tylko w klubie…

Jeśli chodzi o Asseco Gdynia, to naprawdę bardzo trudno się do czegoś przyczepić. Działacze Asseco swoją obecną postawą udowodniają, że budowanie nowej drużyny co sezon, to najgorsze możliwe rozwiązanie. A ich kluczem do sukcesu jest wzajemne zaufanie, ciężka praca, wytrwałość w dążeniu do celu oraz cała masa cierpliwości co w zawodowym sporcie bardzo rzadko się zdarza.


David Dedek kolejny raz pokazuje, że jest świetnym specjalistą. Kolejne rewelacyjne występy zbierają: Filip Matczak, Sebastian Kowalczyk czy Przemek Żołnierewicz. Natomiast nadal swój wysoki poziom z poprzedniego sezonu utrzymują: A.J. Walton, Ovidijus Galdikas, czy Piotr Szczotka. Zaś sam Dedek kolejny raz dowiódł, że z praktycznie każdego zawodnika potrafi wydobyć to co najlepsze. 

Top 10 transferów, których możecie nie znać



Często niedostrzegani, niedoceniani, mimo to harujący dla dobra zespołu. To ich wkład wielokrotnie oceniany jest na wagę złota. Dlatego o ich względy co roku biją się wszyscy generalni menadżerowie klubów NBA. 

10. Shawn Marion – Dallas Mavericks – Cleveland Cavaliers

Mimo swoich 36 lat Marion nadal jest w doskonałej formie fizycznej, o czym najlepiej świadczą poprzednie rozgrywki. W poprzednim sezonie notował on średnie na poziomie 10.1 punktu oraz 6.5 zbiórki. Shawn to wciąż świetny defensor i zawodnik praktycznie od wszystkiego na parkiecie. A co najważniejsze nie będzie zbytnio obciążał budżetu Cavs zarabiając ledwie 915 tysięcy dolarów.

9. Nikola Mirotic – Real Madryt – Chicago Bulls

Pochodzący z Bałkanów Hiszpan od 2011 roku nie mógł się zdecydować na NBA. Jego kariera w lidze ACB rozwijała się znakomicie, ale mimo to co roku odmawiał gry w najlepszej lidze na świecie. Aż w końcu działaczom Bulls udało się dokonać tej trudnej sztuki i namówić Mirotića na grę. Nikola to bez wątpienia ogromny talent, który porównywany jest do samego Pau Gasola, z który zresztą będzie miał okazje rywalizować na codziennych treningach.

8. Jeremy Lin – Houston Rockets – Los Angeles Lakers

Po tym jak jego talent eksplodował w Nowym Jorku, ogromną podwyżkę i zupełnie profesjonalny kontrakt zaproponowali mu Houston Rockets. Jednak Lin w stanie Teksas nie mógł do końca rozwinąć skrzydeł, a jego czar z czasem zaczął przemijać. Teraz dostaje drugą szansę w Los Angeles Lakers, gdzie ma dostać znacznie więcej swobody.

7. Omer Asik – Houston Rockets – New Orleans Pelicans

Omer Asik podobnie jak Jeremy Lin nie mógł się doczekać, kiedy ucieknie z upalnego Tekasu. Natomiast Pelicans bardzo długo szukali wartościowego centra i wydaje się, że Turek jest idealnym rozwiązaniem dla nich. Asik może nie jest gwiazdą NBA, ale to nadal bardzo solidny zawodnik, który na równorzędnym poziomie może rywalizować z największymi na jego pozycji w lidze.

6. D. J. Augustin – Chicago Bulls – Detroit Pistons

Największe personalne zaskoczenie poprzedniego sezonu. Pod nieobecność Derricka Rose’a stał się prawdziwą gwiazda Chicago Bulls notując średnie na poziomie 14.9 punktu, 5.0 asysty i 2.1 zbiórki. Świetna dyspozycja filigranowego rozgrywającego w Chicago spowodowała, że po sezonie zgłosiło się po niego połowa ligi. Ostatecznie najsprytniejszy okazał się Stan Van Gundy, który uwielbia tego typu graczy i z pewnością w pełni wykorzysta potencjał Augustina.

5. Tyson Chandler – New York Knicks – Dallas Mavericks

Chandler nadal ma opinię bardzo dobrego obrońcy. Jednak po dość przeciętnych miesiącach w Nowym Jorku, tylko jego były zespół mógł ponownie skusić się jego zatrudnienie. Tymczasem Knicks z radością pozbyli się ogromnego ciężaru w ich - i tak mocno naciągniętym - budżecie.  

4. Jarrett Jack – Cleveland Cavaliers – Brooklyn Nets

Drużyna Brooklyn Nets od dłuższego czasu poszukiwała solidnego, doświadczonego rozgrywającego, który mógłby znacząco odciążyć Derona Williamsa. Wydaje się, że Jack jest idealnym rozwiązaniem dla klubu z Nowego Jorku. Ponieważ od kilku sezonów nie schodzi on z bardzo przyzwoitego poziomu, a w przeszłości świetnie sprawdzał się w roli rezerwowego wielkich rozgrywających.

3. Shaun Livingston – Brooklyn Nets – Golden State Warriors

Jeszcze kilka miesięcy temu umieszczenie tego zawodnika na podium byłoby zupełnym nieporozumieniem. Jednak poprzednimi rozgrywkami Livingston udowodnił, że posiada ogromny chart ducha oraz wolę walki, która pozwala mu przezwyciężyć wszystkie - nawet te największe - przeszkody. A właśnie tego typu zawodnika potrzebuje Steve Kerr w swoim pierwszym, samodzielnym sezonie w roli pierwszego szkoleniowca. Dlatego pozyskanie Shauna przez Golden State Warriors może okazać się dla nich przysłowiowym „strzałem w dziesiątkę”.

2. Trevor Ariza – Washington Wizards – Houston Rockets

Po utracie, a raczej rezygnacji z Chandlera Parsonsa władze Rockets szukali solidnego, doświadczonego niskiego skrzydłowego, który dobrze odnalazłby się w roli gracza drugiego planu. Zaś Ariza wydaje się być dla nich idealnym wyborem. Ponieważ poprzednimi rewelacyjnymi rozgrywkami (14.4 punktu i 6.7) udowodnił, że z pewnością może wypełnić likę po Parsonsie. Trevor to również gracz, który prezentuje skrajnie zespołową koszykówkę i kosztem swoich indywidualnych statystyk jest wstanie poświęcić się dla dobra zespołu.   

1. Darren Collison – Los Angeles Clippers – Sacramento Kings

Wiecznie drugi, wiecznie pomijany, grający w tle swoich kolegów z drużyny. Jednak do zbliżającego się sezonu. Collison w końcu ma stać się pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej piątki oraz gwiazdą całego zespołu. Darren w przeszłości był uważany za świetnego rezerwowego, ale nie za gwiazdę formatu All-Stars. Lecz w nadchodzących rozgrywkach ma się to zmienić, w co bezgranicznie wierzą władze oraz fani Sacramento Kings.



poniedziałek, 27 października 2014

Top 10 transferów, które możecie znać


Zdecydowanymi królami polowania na tegorocznym rynku transferowym byli działacze Cleveland Cavaliers, którzy ściągnęli do siebie dwa najbardziej rozchwytywane nazwiska. Jednak reszta ligi również nie próżnowała i wzmocniła się kilkoma bardzo ciekawymi nazwiskami.    

10. Vince Carter – Dallas Mavericks – Memphis Grizzlies

Oczywiście rozpatrywanie przejścia 37-letniego zawodnika w kategorii wielkich transferów nadchodzącego sezonu NBA, trochę mija się z celem. Ale w końcu jest to sam Vince Carter, na którego dobrą dyspozycję naprawdę bardzo liczą w Memphis. Tym bardziej, że w poprzednim sezonie był kluczowym zawodnikiem Mavericks szczególnie w fazie playoffs, kiedy zapewnił im w niezwykle efektowny sposób zwycięstwo na Spurs.

9. Isaiah Thomas – Sacramento Kings – Phoenix Suns

Bardzo nieoczekiwanie, ale na tegorocznym rynku wolnych agentów najbardziej rozchwytywanym rozgrywającym okazał się właśnie Isaiah Thomas. Były playmaker Sacramento Kings zamienił słoneczną Kalifornię na jeszcze gorętszą Arizonę. Filigranowy i przesympatyczny zawodnik w poprzednim sezonie notował średnie na poziomie 20.3 punktu oraz 6.3 asysty. Zaś w Phoenix ma stworzyć jedyny taki tercet rozgrywających w historii NBA. Natomiast jego partnerami w tym mają być: Goran Dragić oraz Erik Bledsoe.

8. Lance Stephenson – Indiana Pacers – Charlotte Hornets

Lance Stephenson bez wątpienia był najlepszym zawodnikiem Indiany Pacers w nie tak dawnej fazie playoffs. Oczywiście czasem jego „starania” wyglądały dość komicznie – szczególnie w defensywie. Ale na tle swoich kolegów znacznie się wyróżniał. Więc niema się co dziwić, że po sezonie zażądał odczuwalnej podwyżki oraz pełnego statusu gwiazdy. Jednak równie szybko przekonał się, że Pacers wcale nie wiążą z nim swojej przyszłości. Za to z otwartymi rękoma w Charlotte przywitał go Michael Jordan, który liczy, że Stephenson stanie się twarzą wskrzeszonych zza grobu Hornets.

7. Paul Pierce – Brooklyn Nets – Washington Wizards

W stolicy Stanów Zjednoczonych bardzo długo rozpaczano po utracie Treora Arizy. Jednak równie długo cieszono się z tego, kiedy okazało się że do Waszyngtonu przybędzie Paul Pierce, który - wbrew pozorom - bardzo nieoczekiwanie podpisał kontrakt z Wizards. Pozyskanie legendy Boston Celtics, to świetny ruch władz Czarodziei. Ponieważ Pierce, to wciąż znakomity zawodnik, którego wkład w fazie playoffs może okazać się kluczowy dla Wizards. Na codziennej rywalizacji z niskim skrzydłowym powinni zyskać także młodzi gracze: Bradley Beal, Otto Porter oraz Glen Rice.

6. Andrew Wiggins – Cleveland Cavaliers – Minnesota Timberwolves

Tegoroczny pierwszy numer draftu – Andrew Wiggins jeszcze nie rozgrał pierwszego oficjalnego spotkania w NBA, a transfer z jego udziałem już uważany jest za jeden z największych w historii NBA. Nie ma wątpliwości, że Wiggins to zawodnik przyszłości i główną postacią tej wymiany był Kevin Love. Ale już niedługo może okazać się, że to właśnie Wolvers najwięcej zyskali na tej wymianie. Ponieważ pierwsze przed sezonowe występy absolwenta Kansas pokazują, że Wiggins powinien stać się zawodnikiem na miarę Kevina Duranta, czy nawet Lebrona Jamesa.

5. Chandler Parsons – Houston Rockets – Dallas Mavericks

Chandler Parsons za poprzednie rozgrywki od Rockets odebrał czek w wysokości 900 tysięcy dolarów, przy statystykach indywidualnych na poziomie 16.6 punktu, 5.5 zbiórki oraz 4.0 asysty. Więc oczywiste było, że przed nadchodzącym sezonem będzie chciał znacznie zwiększyć swoją gażę. Ze swego rodzaju „przeceny” skrzętnie skorzystał Marc Cuban, który przekonywał Chandlera do nowego miasta m.in. w klubach nocnych. By pozyskać skrzydłowego Rockets nawet z części swojego „toru” był wstanie zrezygnować Dirk Nowitzki. Ostatecznie za nadchodzące rozgrywki Parsons od Mavs zgarnie ponad 14 milionów dolarów.

4. Luol Deng – Cleveland Cavaliers – Miami Heat

Nie jest wielką zagadką, że Deng niezbyt dobrze czuł się w swoim poprzednim klubie. Mimo to, reprezentant Wielkiej Brytanii potrafił wykręcić statystyki na poziomie 16.0 punktu, 5.7 zbiórki i 2.9 asysty. Pokazując tym samym, że nadal jest czołowym zawodnikiem ze swojej pozycji w całej NBA. Natomiast Heat i Pat Riley po utracie Jamesa po prostu nie mogli przegapić takiej okazji i nie zatrudnić Denga.

3. Pau Gasol – Los Angeles Lakers – Chicago Bulls

Władze oraz fani Bulls niemal całe wakacje żyli nadzieją, że ich klub wzmocni Carmelo Anthony. Popularny Melo jednak ostatecznie nie zdecydował się na przenosiny z Nowego Jorku do Wietrznego miasta. Zaś opcją rezerwową okazał się być Pau Gasol, który długo się nie zastanawiał i przyjął ofertę Byków. Wbrew pozorom, ale pozyskanie Gasola może okazać się dużo lepszym rozwiązaniem dla Bulls. Ponieważ Hiszpan, to nadal gracz formatu All-Stars, który świetnie odnajduje się w zespołowej koszykówce, a co najważniejsze na codziennej rywalizacji z nim znacznie zyskają Nikola Mirotić czy Doug McDermott, którzy są przyszłością Bulls.

2. Kevin Love – Minnesota Timberwolves – Cleveland Cavaliers

Głody sukcesów Kevin Love w końcu doczekał się upragnionego transferu do drużyny, z którą powinien mieć znacznie większe szanse na mistrzostwo NBA. Po ogromnej wymianie gwiazdor Wolvers powędrował do Cleveland Cavalier, gdzie ma stworzyć zabójcze trio z Lebronem Jamesem i Kyrie Irvingiem.

1. Lebron James – Miami Heat – Cleveland Cavaliers


Pomimo klęski Miami Heat w ostatnich finałach NBA, tuż po sezonie mało kto się spodziewał, że King James opuści słoneczną Florydę. Władze Heat nawet w drafcie wybrały zawodnika, którego wcześniej wskazał James. Mimo to Lebron postanowił zagrać na nosie działaczom Żaru i niespodziewanie przeniósł się do swojego starego królestwa. W rodzinnym Ohio Lebron ma w końcu zdobyć upragnione mistrzostwo NBA i udowodnić wszystkim sceptykom, że jest najlepszym zawodnikiem w historii tej dyscypliny. 

piątek, 3 października 2014

Rusza nowy, emocjonujący sezon Tauron Basket Ligi


Już dziś wieczorem rusza kolejny sezon naszej ukochanej Tauron Basket Ligi. Jednak wydaje się, że tym razem nie będzie to kolejny zwyczajny sezon. A najlepiej o to zadbali działacze naszego ukochanego związku oraz włodarze naszych ukochanych klubów.

Pierwsza bardzo istotną zmianą jest rozszerzenie ligi o aż pięć drużyn. Tym samym na stracie rozgrywek 2014/15 stanie aż 16. ekip.  Na tym rozwiązaniu najbardziej zyskały kluby: Wilki Morskie Szczecin, Polski Cukier Toruń, Wikana Strat Lublin oraz MKS Dąbrowa Górnicza, które otrzymały tzn. dzikie karty. Natomiast sportowy awans do ligi zanotował zespół Polfarmex Kutno, który wygrał rozgrywki pierwszej ligi. Tymczasem z ligi w dość niedelikatny sposób została usunięta Kotwica Kołobrzeg.

Zwolenników oraz przeciwników tego rozwiązania jest mniej więcej po równo. Ja osobiście nie wyrobiłem sobie jeszcze zdania na ten temat. Ale pierwsze odczucia są - o dziwo- pozytywne. Ponieważ z natury jestem tradycjonalistą – i nie lubię jak coś mi się zmienia. Lecz otwarcie trzeba przyznać, że projekt Tauron Basket Ligi nie był idealny, a rozszerzenie może tylko mu pomóc. Po za tym w takie miasta jak Szczecin czy Toruń, gdzie są nowiutkie hale zasługują na koszykówkę na najwyższą poziomie. Tym bardzie, że nie odstają, a nawet czasem wyprzedzają inne klubu TBL pod względem organizacyjny. Mimo negatywnych opinii, będę gorąco kibicował „nowym” w TBL.

Zwiększenie ligi z pewnością przyczyniło się do dużo odważniejszych ruchów kadrowych obecnych klubów TBL. Do naszej ligi wracają m.in. Qyntel Wood (AZS), Quinton Hosley (Stelmet), John Turek (Rosa), Konrad Wysocki (Anwil), Aleksander Mladenović (Śląsk) oraz po 12 latach Szymon Szewczyk (AZS). Wszyscy oni z pewnością sprawią, że najnowszy sezon będzie jeszcze bardziej emocjonujący.

Oczywiście w nowym sezonie będzie wiele nowego, ale moim skromnym zdaniem nadchodzące rozgrywki będą rozgrywkami rozgrywających, co jeszcze bardziej mnie cieszy. Ponieważ szczególnie uwielbiam obserwować na boisku właśnie rozgrywających. Moimi nowymi faworytami z pewnością będą: Steve Burtt (Stelmet), Kwamain Mitchell (Polfarmex) oraz Trevor Refeford (Wilki). Zwłaszcza ciekawy jestem postawy boiskowej Releforda, który jest świeżo po renomowanej uczelni Alabama i błyskawicznie ma stać się liderem ekipy ze Szczecina. A nadal na obwodzie swoich rywali będą nękać tacy zawodnicy jak: Koszarek, Vasiliauskas, Szybarga, Walton oraz nowi Franklin, McKay, Diggins, Billing.

Ciekawe ruchy kadrowe włodarze naszych klubów zrobili również pod koszem. Z dużo większą odwagą przeszukali także rynki dotychczas pomijane. TBL wzmocnili zawodnicy takich krajów jak: Czechy, Słowacja, Australia, Rumunia czy Macedonia. I nie moją być oni głębokimi - tańszymi – rezerwowymi, a podstawowymi zawodnikami. Daniel Johnson (Stelmet), Patrick Auda (Polfarmex), Boja Trajkovski (Energa) oraz Vlad-Sorin Moldoveanu (Turów) moją być gwiazdami swoich zespołów, a z czasem może i nawet całej ligi.

Jeśli chodzi o układ sił naszej ligi, to jest dwóch zdecydowanych faworytów. W dwójce najsilniejszych (Stelmet – Turów) minimalnie lepszy kadrowo wydaje się być wicemistrz Polski. Jednak nigdy nie należy lekceważyć siły mistrza, tym bardziej, że w ich składzie pozostało aż dziewięciu zawodników. W roli czarnego konia świetnie powinien był się sprawdzić AZS Koszalin. Nowy dyrektor sportowy klubu bardzo efektownie rozpoczął swoje panowanie. Akademicy kadrowo wyglądają bardzo dobrze, lecz czy te wszystkie trudne charaktery będą potrafiły się skonsolidować w prawdziwy zespół? Jeśli tak, to z pewnością mogą liczyć się w walce o medal.


Nie pamiętam kiedy ostatnio z taką niecierpliwością czekałem na nowy sezon Tauron Basket Ligi. Jednak mam też trochę obaw, czy te wszystkie zmiany nie sprawią, że będzie on mocno przeciętny.   

poniedziałek, 15 września 2014

Najlepsi prowadzący Mistrzostw Świata 2014


W 2009 roku, tuż po zakończeniu meczu finałowego Eurobasketu rozgrywanego na polskich parkietach. Trener zwycięskiej reprezentacji Hiszpanii Sergio Scariolo oficjalnie podziękował federacji Hiszpanii, za to że pozwolili mu prowadzić to piękne czerwone Ferrari. Tym samym porównując swoją drużynę do tej legendarne i ekskluzywnej marki.

Jego słowa na długo zapadły mi w pamięci, ponieważ idealnie oddawały sukces jaki osiągnęła Hiszpania. Postanowiłem, więc pójść tym samym tropem i zastanowić się jakimi super samochodami ścigaliby się najlepsi szkoleniowcy zakończonych wczoraj mistrzostw świata, gdyby byli kierowcami rajdowymi.

Mike Krzyzewski (USA) – Ford Mustang Shelby

Potężny, mocny i niezwykle szybki Mustang ponownie pokazał swoją niezwykłą siłę. Pewnie prowadząc w całej stawce silnie obsadzonego turnieju. Natomiast jego prowadzący kolejny raz udowodnił, że jak mało kto potrafi świetnie okiełznać tą przerażającą bestie.


Sasha Djordjevic (Serbia) – Honda Civic Type R

Nowy prowadzący Type R dowiódł na oczach wszystkich fanów dlaczego jego samochód ma tylu sympatyków na całym świecie. Przez większość zaciętej rywalizacji, to właśnie Civic był największą niespodzianką. Bowiem chyba nikt się nie spodziewał, że Honda zajedzie aż tak daleko. Wicemistrzostwo, to olbrzymi sukces tej marki oraz jego kierowcy!


Vincent Collet (Francja) – Peugeot RCZ

Mało kto wierzył w umiejętności Vincenta, tym bardziej, że do wyścigu stanął z teoretycznie najsłabszym wozem z czołówki oraz bez swojego pilota Tony Parkera. Mimo, to potrafił prześcignąć Ferrari i sensacyjnie zmalować się w półfinale. W ostateczności stanąć na ostatnim stopniu podium.


Jonas Kazlauskas (Litwa) – Audi RS6 Avant

Kazlauskas znowu udowodnił, że teoretycznie słabszym wozem można osiągnąć naprawdę wiele. Najszybsze kombi na świecie dowiodło, że może walczyć jak równy z równy z największymi potęgami. Do tego na tylnim siedzeniu mieszcząc braci Lavrinovic i przedstawicieli naszej rodzimej ligi.


Juan Antonio Orenga (Hiszpania) – Ferrari 458 Spider

Od działaczy Hiszpańskiej federacji otrzymał piękne, szybkie, niezawodne i niebywale efektowne Ferrari 458 Spider. Jednak jago słabości błyskawicznie się na nim zemściły. Mało doświadczony kierowca, po efektownym stracie równie efektownie rozbił swoje piękne Ferrari, na niespełna dwa okrążenia przed końcem wyścigu.


Ruben Magnano (Brazylia) – Aston Martin Vanquish

Ruben Magnano dostał w posiadanie piękne oraz bardzo żwawe auto. Tylko w pewnym momencie zapomniał, że to Aston Martin, czyli dość kapryśna marka. Więc zanim zdążył się na dobre rozpędzić, to musiał zjeżdżać już na pierwszy poważny pit stop.


Jure Zdovc (Słowenia) – BMW Z4 Cabrio

Piękne i małe autko, które mogło wprowadzić nie lada zamieszanie w końcowej klasyfikacji. Jednak zbyt szybko natrafili na dużo silniejszego rywala. Dwuosobowe Cabrio z braćmi Dragić na pokładzie, to zdecydowanie za mało, by z powodzeniem rywalizować z najlepszymi.


Ergin Ataman (Turcja) – Alfa Romeo Brera

Ataman miał mnóstwo szczęścia, że kapryśna Alfa zawiodła go dopiero na etapie ćwierćfinału. Jego samochód prezentował się niezwykle efektownie, lecz znacznie odstawał od mocno obsadzonej konkurencji. Ostatecznie Brerę wyeliminowało brzydsze, ale bardziej niezawodne Audi.


Idąc tym tropem, to ciekawe jaki samochód w tegorocznych eliminacjach prowadził trener naszej reprezentacji Mike Taylor? Jakieś propozycje?  


Nagrody za Mistrzostwa Świata 2014

Dwutygodniowe zmagania w słonecznej Hiszpanii już się zakończyły. Więc warto ocenić to, kto zaprezentował się najlepiej, a kto zwiódł na całej linii – czyli hity i kity mistrzostw świata 2014. 

Najlepszy zawodnik: Kyrie Irving (USA) 

Innego wyboru po prostu nie mogło być. Rozgrywający Cleveland Cavaliers z meczu na mecz prezentował się co raz lepiej. Natomiast jego pierwsza połowa w finałowym pojedynku (18 punktów 4/4 z trzy) była prawdziwą demonstracją siły. 

Najlepszy trener: Mike Krzyzewski (USA)

Mimo, iż prowadził najlepszy zespół na tym turnieju, to złoty medal dla USA wcale nie był taki pewny. Pochodzący z Polski trener kolejny raz udowodnił, że jest fachowcem z najwyższej światowej półki. 

Najlepsza pierwsza piątka: 

PG – Milos Teodosic (Serbia) 
SG – Kyrie Irving (USA) 
SF – Nicolas Batum (Francja) 
PF – Kenneth Faried (USA) 
C- Jonas Valanciunas (Litwa) 

Najlepszy rezerwowy: Bogdan Bogdanovic (Serbia) 

W tej kategorii miałem dwóch zdecydowanych faworytów, a byli nimi Klay Thompson oraz Bogdan Bogdanovic. Ostatecznie przesądziła większa sympatia co do jednego z nich, bo w końcu to są moje nagrody. 

Najlepszy mecz: Finlandia – Nowa Zelandia 65:67 

Zakończone wczoraj mistrzostwa świata w Hiszpanii wchłonęły mnie całkowicie. Obejrzałem większość spotkań tej imprezy i w pamięci szczególnie zapadł mi pojedynek Finlandii z Nową Zelandią. Mecz o awans z grupy, w którym rozpędzona Nowa Zelandia mierzyła się z rozbitą psychicznie Finlandią. Finowie dzień wcześniej bardzo pechowo przegrali z Turcją. Natomiast ekipa z Oceanii była o krok od sensacyjnego awansu. Mecz oscylowała we wszystko co najlepsze w koszykówce. Efektowne trójki, niezwykłe wsady, podkoszowa walka gigantów i oczywiście niesamowita pogoń drużyny ze Skandynawii. Sam oglądając ten mecz z emocji kilkukrotnie podskakiwałem na kanapie, co zdarza mi się bardzo rzadko. 

Największa niespodzianka: Serbia 

Chyba nikt się nie spodziewał, że Serbia po osiągnięciu ledwie czwartej lokaty w fazie grupowej zajdzie aż tak daleko. Ekipa z Bałkanów wykazał się niesamowitą ambicją i wolą walki zachodząc aż do wielkiego finału. 

Najlepszy młodzieżowiec: Tai Webster (Nowa Zelandia) 

W tej kategorii była teoretycznie najmniejsza konkurencja, ponieważ o nagrodę walczyli zawodnicy, którzy urodzili się po 1994 roku. Mimo, to wygrana właśnie Webstera jest nie małą niespodzianką. Bowiem w wyprzedził on m.in. Dante Exuma (Australia) oraz Cedi Osmana (Turcja). To właśnie Tai urzekł mnie swoją grą na tym turnieju najbardziej i owa nagroda ląduje właśnie do niego. 

Najlepsza wypowiedź: Miroslav Raduljica (Serbia) – „We lost the game, but my beard is better than Harden’s.” 

Największe rozczarowanie: Hiszpania 

Reprezentacja Hiszpanii miała zrobić wszystko co w swojej mocy, by zdeklasować faworyzowaną drużynę Stanów Zjednoczonych. Jednak sensacyjnie, marzenia całej koszykarskiej Hiszpanii zaprzepaścili Francuzi, którzy wyeliminowali ich już na poziomie ćwierćfinału. 

Najgorszy trener: Juan Orenga (Hiszpania) 

Zawiódł na całej linii. W składzie miał najlepszych zawodników Hiszpanii w ostatniej dekadzie, a turniej rozgrywany był na parkietach całej Hiszpanii. Mimo, to nie podołał tak prostemu zadaniu. 

Najgorszy zawodnik: Ashraf Rabie (Egipt) 

Mimo wszystko bardzo trudno wybrać najlepszego kandydata w tej kategorii. Tym razem niezwykle „urzekła” mnie gra oraz osiągnięcia właśnie Egipcjanina. Na turnieju notował statystyki rzutowe na poziomie: 14% z dwa, 20% za trzy i 16% z gry. Pomimo swoich 206 cm wzrostu w całym turnieju zebrał ledwie cztery piłki. Obawiam się, że lepiej do Rabie zaprezentowałby się średnio ogarnięty amator. 

Najgorszy mecz: USA – Serbia 129:92 

Jak na każdym turnieju, kibice szczególnie czekają na finał całej imprezy. Niestety, ale tym razem finał był do niczego. Jedyne emocje były w pierwszych 10 minutach pojedynku, a cała reszta była po prostu nudna.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Od piątki po dwóje - czyli oceny naszych kadrowiczów za EL.

Nasi koszykarze wywiązali się z zadania przed nimi postawionego i awansowali na przyszłoroczny turniej EuroBasket 2015. Jednak kto szczególnie zasłużył na ocenę bardzo dobrą, a kto na tylko dopuszczającą?



1. Adam Waczyński

Miał być liderem i trzeba obiektywnie przyznać, że przez większość eliminacji tym liderem był. Jak chyba każdy w naszej reprezentacji miał swoje gorsze momenty, szczególnie w pierwszym spotkaniu z Austrią. Jednak swoim popisem w trzeciej kwarcie wczorajszego meczu udowodnił, że potrafi brać odpowiedzialność na swoje barki i w przyszłości będzie stanowił o silne naszej reprezentacji.

Ocena: 5

2. Mateusz Ponitka

Ostatni rok spędzony w Belgii spowodował, że nasz ledwie 20-letni obwodowy przeobraził się z zawodnika perspektywicznego w gwiazdę naszej reprezentacji. Praktycznie w każdym meczu dawał niesamowicie pozytywny impuls z ławki. Nie bał się również podejmować bardzo trudnych decyzji, jak w pierwszym spotkaniu z Niemcami oraz Austrią. Przez większość eliminacji, to właśnie on był najlepszym strzelcem naszego zespołu. Ostatecznie kwalifikacje zakończył ze imponującą średnią 13 punktów na mecz.

Ocena: 5

3. Aaron Cel

Powołanie dla Aarona było nie lada zaskoczeniem w światku koszykarskim w naszym kraju. Jednak sam zawodnik już w pierwszym meczu przeciwko reprezentacji Niemiec udowodnił, że Mike Taylor oraz cała kadra bardzo potrzebuje tego typu skrzydłowego co Cel. Szybko stał się również podstawowym graczem naszej reprezentacji, bez którego na pewno nie cieszylibyśmy się z tak efektownie wywalczonego awansu. Aaron Cel dowiódł również, że gra w reprezentacji Polski to dla niego ogromne wyróżnienie.

Ocena: 4

4. Damian Kulig

Damian dość długo nie mógł do siebie przekonać trenera Taylora, lecz gdy w końcu mu się to udało, to grał wręcz rewelacyjnie. Natomiast jest ostatni pojedynek z Austrią był prawdziwym zwieńczeniem niezwykle udanych eliminacji, dla podkoszowego PGE Turowa Zgorzelec. Swoimi średnimi na poziomie 12.7 punktu oraz 6.8 zbiórki Kulig pokazał, że reprezentacja Polski bez niego, to nie ta sama reprezentacja.

Ocena: 4

5. Robert Skibniewski

Przez wiele lat grał w cieniu Łukasza Koszarka, czy Krzysztofa Szubargi, ale w końcu popularny „Skiba” otrzymał swoją szanse. Skibniewski przez większość eliminacji był prawdziwym przedłużeniem myśli trenerskiej Mike Taylora na parkiecie. Wcielił się w rolę „małego generała”, który konsekwentnie dyrygował poczynaniami swojego zespołu. Tym samym Robert udowodnił, że z tymi rozgrywającymi w naszym kraju wcale nie jest tak źle i świat nie kończy się tylko na Koszarku.

Ocena: 4

6. Przemysław Karnowski

Ochrzczony nowym przydomkiem przez samego Taylora – Big Mamba miał być czołowym zawodnikiem naszego zespołu w tych eliminacjach. Jednak choroba oraz powikłania anginy spowodowały, że musiał opuścić zgrupowanie. Ale na szczęście nasz 20-letni gigant powrócił na decydujące spotkanie z Austrią. Pomimo choroby Karnowski tymi eliminacjami pokazał, ze wyjazd zza ocean był bardzo dobrą decyzją. Ponieważ podobnie jak Ponitka z roku na rok robi bardzo duży postęp i bez wątpienia to na nim będzie się opierała nasza reprezentacja w przyszłości.

Ocean: 4

7. Adam Hrycaniuk

Dość nieoczekiwanie, ale to właśnie Hrycaniuk przez większość eliminacji był podstawowym centrem naszej reprezentacji. Pochodzący ze Stargardu Szczecińskiego środkowy przeplatał świetne spotkania tymi mniej udanymi. Szczególnie dobrze zaprezentował się w rewanżowym meczu z Niemcami, kiedy z łatwością ogrywał dużo wyższych od siebie rywali. Jednak w pojedynkach z Austrią widocznie odstawał od byłego klubowego kolegi Rasida Mahalbasica, który momentami ogrywał go z dziecinną łatwością. Mimo to „Bestia” przez większość eliminacji dobrze wywiązywał się ze swoich boiskowych zadań.

Ocena: 3+

8. Kamil Łączyński

Kamil bardzo długo nie mógł się przebić do rotacji meczowej Mike’a Taylor. Jednakże aktualny rozgrywający Rosy Radom bardzo cierpliwie czekał na swoją szansę. Gdy ją w końcu otrzymał, to w pełni ją wykorzystał. Natomiast ostatni pojedynek w Lubinie był prawdziwym zwieńczeniem jego rosnącej formy. Łączyński, to idealny przykład sportowca, który na każdym kroku udowadnia, że w życiu oraz na boisku nigdy nie należy się poddawać. Swoją ogromną ambicją pokazał również, że za rok będzie walczył o miejsce w składzie na EuroBasket.

Ocena: 3+

9. Przemysław Zamojski

Pomimo, iż był etatowym zawodnikiem pierwszej piątki reprezentacji Polski, to ma za sobą bardzo przeciętne eliminacje. Od wyróżniającej się postaci Tauron Basket Ligii powinniśmy, a nawet musimy wymagać znacznie więcej. W naszej lidze ma opinię bardzo dobrego strzelca za trzy punkty. Natomiast w tegorocznych meczach kwalifikacyjnych jego skuteczność zza łuku oscylowała ledwie na 25%. Zaś z roli wiodącej postaci kadry przeistoczył się  zawodnika od zadać specjalnych.

Ocena: 3

10. Szymon Szewczyk

Kapitan oraz lider mentalny naszej reprezentacji. Jednak tegoroczne eliminacje brutalnie pokazały, że jego czas w kadrze już powoli przemija. Na tle swoich młodszych kolegów nie wyglądał już tak dobrze, jak chociażby kilka lat temu. Nie mógł odnaleźć się także w rotacji trenera Taylora, a jedyne spotkania, które tak naprawdę mu wyszły to te z Luksemburgiem. Mimo to dbał on o odpowiednią atmosferę w zespole, co jest równie istotne jak zdobywanie punktów.

Ocena: 3

11. Tomasz Gielo

Na nowym szkoleniowcu naszej reprezentacji Tomek Gielo wywarł spore wrażanie jeśli chodzi o aspekt defensywny. Więc eliminacje rozpoczynał jako bardzo solidny rezerwowy, który miał za zadanie zatrzymywać najsilniejszych graczy rywala. Jednakże jego braki ofensywne spowodowały, że gdzieś zaginął w rotacji Mike’a Taylora w trakcie eliminacji

Ocena: 3

12. Michał Michalak

Już od pierwszego dnia zgrupowania Michalak stopniowo tracił zaufanie u trenera Taylora. Zaś zwieńczeniem takiej postaci rzeczy był turniej w Toruniu, kiedy sam zawodnik był widocznie poirytowany tym, że tak późno pojawia się na parkiecie. W eliminacjach nie było nic lepiej, ponieważ rzucający obrońca Trefla Sopot zagrał jedynie dwa spotkania ze słabym Luksemburgiem.

Ocena: 2

Trener: Mike Taylor

Amerykanin od pierwszych dni zarażał wszystkich dookoła swoim pozytywnym nastawieniem, tym samym wprowadzając bardzo dobrą atmosferę do zespołu. Widać, że ma pomysł na naszą kadrę. Świetnie potrafił wykorzystać naszych podkoszowych zawodników. Natomiast jego współpraca z Robertem Skibniewskim układała się wręcz wzorowo. Jego największa trenerską zaletą jest atak. Reprezentacja Polski zdobywała średnio najwięcej punktów na mecz (90.0) oraz była drugim zespołem w średniej asyst (19.2). Jednak sprawa miała się zupełnie inaczej w defensywie, gdzie notowaliśmy – praktycznie w każdym meczu – widoczne przestoje. Zaś pierwsze spotkania z Austrią zupełnie wymknęło mu się z pod kontroli. Pomimo to, wykonał zadanie mu powierzone i to z nawiązką, bowiem wygraliśmy naszą grupę.

Ocena: 4    



Foto: Andrzej Romański

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

To musiało się tak skończyć!

Wczoraj pierwsze poważne ostrzeżenie dostał Mike Taylor. Możliwe, że dwupunktowa porażka z Austrią nie będzie miała aż tak tragicznych skutków. Jednak trener naszej reprezentacji z pewnością wykorzystał już swój limit wpadek w tegorocznych eliminacjach. Najgorsze, że sam Taylor nie zawiódł siebie, koszykarzy, czy władze PZKOSZ, a wszystkich fanów koszykówki w naszym kraju.

Bowiem w dniu wczorajszym nie byłym dziennikarzem, a zwykłym kibicem koszykówki. Po tym jak jednak nie zdecydowałem się na podróż do Austrii, zasiadłem w niedzielny wieczór w fotelu jako zwykły fan. Niestety, ale już pierwsza akcja, w której „niesfornej” piłki nie mógł opanować Robert Skibniewski prognozowała dość słabe widowisko. Przez większość meczu po prostu nie dało się tego oglądać, a dużo większe emocje były na Twitterze niż na parkiecie w Schwechat.

Od pierwszych minut naszą największą bolączką była obrona. W naszym polu trzech sekund robił co chciał – Rahid Mahalbasic, który nie mógł nas niczym zaskoczyć. W pierwszej kwarcie utrzymywaliśmy się w grze tylko dzięki dobrej dyspozycji rzutowej zza łuku. Jednak po przerwie wyglądało to dużo gorzej. Mnie osobiście bardzo dziwiło, to że mimo tragicznej dyspozycji cały czas na parkiecie przebywał – Przemek Zamojski. Liderem nie był również Adam Waczyński, który zupełnie przeszedł obok meczu. Przy słabej dyspozycji Zamojskiego i Waczyńskiego nasuwa się jedno oczywiste pytanie – dlaczego swojej szansy nie dostał Michał Michalak? Ponoć Michalak słabą postawą na turnieju w Toruniu przekreślił swoje szanse u Taylora. Ale co złego zrobił Kamil Łączyński? Robert Skibniewski kolejny raz miał ogromnie problemy z rozgrywaniem, zaś eksperyment „Waczyński na jedynce” zupełnie nie wypalił.  Więc oczywistym rozwiązaniem wydaje się być rozgrywający Rosy Radom, który w Toruniu dawał świetne zmiany!

Myślę, że gdzieś w połowie tego meczu Mike Taylor zupełnie się pogubił. Przestał szukać innych, niekonwencjonalnych rozwiązań, a co najgorsze nie potrafił wpłynąć na swój zespół. Kolejne przerwy na żądanie w niczym nie pomagały. Natomiast na przestrzeni całego spotkania nie było widać żadnego pomysły na grę. Wszyscy wiedzieliśmy, że Mahalbasic to ich siła podkoszowa, zaś na obwodzie niezwykle groźny jest Enis Murati. Mimo, to robili oni z naszymi obrońcami co chcieli. W całym spotkaniu odnotowaliśmy aż 19 strat i to prostych strat. Zupełnie nie wykorzystaliśmy naszego najbardziej doświadczonego zawodnika – Szymona Szewczyka. Gracze obwodowi grali bardzo przewidywalną koszykówkę. A rozgrywanie? Jakie rozgrywanie… Natomiast idealnym zwieńczeniem naszej tragicznej dyspozycji była ostatnia nasza akcja w ataku, kiedy stratę po wejściu pod kosz zanotował Mateusz Ponitka. Mateusz zagrał zdecydowanie najlepszy mecz w naszym zespole, jednak trzecia kolejna - tak prosta - akcja po prostu nie miała szans powodzenia.

Mike Taylor to naprawdę świetny człowiek, który zaraża swoim pozytywnym nastawieniem wszystkich dokoła. A mi osobiście – jako wielkiemu sympatykowi NBA – szczególnie zaimponował sposobem wypowiedzi oraz profesjonalizmem rodem z najlepsze ligi na świecie. Jednak jak na razie pod względem sportowym mocno mnie rozczarował, lecz nadal mam złudne nadzieje, że do końca tegorocznych eliminacji zauważę jakikolwiek pomysł na naszą reprezentację.

Rozczarowała mnie również postawa aktualnych oraz byłych reprezentantów Polski. Chyba nie potrzebnie na siłę szukamy taniej sensacji. Czy jest flaga? Czy jej nie ma? Czy ucięta? Czy przypalona? Rozumiem, że wszyscy w mniejszym lub większym stopniu jesteśmy patriotami. Ale czy nie lepiej owy patriotyzm spożytkować na parkiecie? Pokazać swoją ogromną determinację, walkę, ambicję, by po meczu móc sobie nawzajem spojrzeć w oczy.


Mocno poirytowała mnie także twitterowa reakcja Marcina Gortat. Samego Gortata ogromnie szanuje jako człowieka oraz sportowca. Ale czy nie lepiej, by było jakby pomógł naszemu zespołowi na parkiecie? Niż spekulując czy powinien być faul techniczny, czy nie. Jeśli nie może pogodzić się z tą porażką, to równie dobrze mógł wzmocnić naszą kadrę i sam zadbać o zwycięstwo reprezentacji Polski.


Wczoraj wcieliłem się w rolę zwykłego „niedzielnego” kibica i z pełną świadomością muszę przyznać, że wyżej wymienione reakcje oraz słaba gra tylko odstraszają przeciętnego fana sportu. Gdy tylko nadarzy się okazja narzekamy na spadek popularności koszykówki w naszym kraju. Jednak jak ma być inaczej, jak nawet naszą reprezentację chwilami nie da się oglądać… 

foto: Andrzej Romański