sobota, 8 marca 2014

Goran Dragić - Słoweński Wojownik

28 lutego Goran Dragić w zwycięskim pojedynku 116:104 nad New Orleans Pelicans zdobył aż 40 punktów, tym samym ustanawiając swój indywidualny rekord punktowy. Ale tym osiągnięciem stał się również bohaterem całej koszykarskiej Słowenii. Ten niespełna 2 milionowy kraj, od wielu lat jest zakochany w koszykówce, a sam Dragić staje się ich wizytówką na koszykarskiej mapie świata.

Początki

Goran Dragić pierwsze poważne kroki w swojej karierze stawiał w zespole Ilirija Lublana, którego barw bronił w drugiej lidze słoweńskiej. Jednak w drużynie, w której się wychował nie zagrzał długo miejsca, ponieważ szybko jego talent zauważyli działacze Slovana Lublana. W Slovanie spędził dwa kolejne lata zdobywając z nim m. in. Mistrzostwo Słowenii. Mierzący 191 cm wzrostu zawodnik dość szybko stał się podstawowym graczem ekipy Slovana. W ostatnim sezonie notował średnie na poziomie 11.3 punktu, co zaowocowało transferem do silnej ACB. W Hiszpanii reprezentował barwy CB Murcia, w której jednak prezentował się dość przeciętnie i nic nie prognozowało, że w przyszłości będzie podstawowym zawodnikiem jednego z klubów NBA. Po nieudanej rocznej przygodzie w Murcji postanowił powrócić do kraju. A jego osobą zainteresowali się działacze mistrza Słowenii. W ekipie Olimpjia Lublanagrał wręcz fenomenalnie, jak na nastolatka. W lidze notował średnie na poziomie 11.3 punktu oraz 3.3 asysty, natomiast w Eurolidze 9.7 punktu i 3.0 asysty. Jego dobra dyspozycja zaowocował również powołaniem do kadry U-20, z którą zdobył mistrzostwo Europy w 2004 roku. Jednak sam Dragić nie odgrywał w niej większej roli, ponieważ gwiazdami tamtej drużyny byli bracia Lorbek. Pomimo to, postanawiał się nie poddawać i dzięki znakomitemu sezonowi w Olimpii otrzymał powołanie do pierwszej reprezentacji na prestiżowy Eurobasket w 2007 roku w Hiszpanii.

Tajemniczy młodzieniec w masce

Właśnie na turnieju w Hiszpanii, po raz pierwszy miałem okazje oglądać Dragića w akcji. Doskonale pamiętam, jak w meczu Słowenii z Polską w połowie pierwszej kwarty na parkiecie pojawił się tajemniczy młodzieniec w masce. Mimo, iż był najmłodszym koszykarzem na boisku, to prezentował się całkiem nieźle, by nie powiedzieć rewelacyjnie.  W znaczącym stopniu ożywił grę swojego zespołu, czym coraz bardziej mnie przekonywał. Swoją grą po prostu mnie oczarował. I od tamtego spotkania z zaciekawieniem oraz nadzieją obserwuję jego karierę. A gdy doszła do mnie wiadomość, że na liście zawodników zgłoszonych do draftu NBA w 2008 roku jest Goran Gragić, byłem ogromnie podekscytowany. Ostatecznie z dalekim 45 numerem wybrali go działacze San Antonio Spurs, którzy jeszcze tego samego dnia oddali go do Phoenix Suns, a ja już widziałem w jego osobie następcę Nasha.

Jak wkrótce się okazało. Nie tylko ja miałem takie przeczucia, ponieważ działacze Słońc dość szybko zaproponowali mu długo terminowy kontrakt, co jak na tak daleki numer draftu jest rzadko spotykane. Początki Gorana w stanie Arizona były bardzo podobne do tych z przygody w Hiszpanii. Miał problemy z aklimatyzacją, co również przełożyło się na jago skąpą ilość minut na parkiecie. W swoim debiutanckim sezonie ledwie raz wystąpił w pierwszej piątce Suns, a w całych rozgrywkach notował średnie na poziomie 4.5 punktu w ledwie 13.2 minuty. Jednakże młody Słoweniec ponownie pokazał swój ogromny hart ducha i nie zamierzał się tak łatwo poddawać, a pod swoje skrzydła wziął go sam Steve Nash, który pokazał mu jak powinien grać prawdziwy rozgrywający. Dragić nawet nie załamał się, kiedy w sezonie 2010/11 został wytransferowany do Houston Rackets, gdzie łącznie rozegrał 88 meczów. Ponieważ ponownie do Arizony postanowiły go ściągnąć władze Suns. A sam zawodnik miał w zespole rozgrywać już zupełnie inną rolę. W ekipie Słońc przyszło mu zastąpić swojego mentora i nauczyciela Nasha, który przeszedł do Los Angeles Lakers. Dragić bardzo szybko zaczął spłacać swój dług w stosunku do działaczy klubu. W sezonie 2012/13 wystąpił w 77 meczach (wszystkie w pierwszej piątce) zdobywając średnio 14.7 punktu w 33.5 minuty.

Przełomowy rok!

Jednak największy przełom w karierze bohatera tego artykułu nastąpił wraz z rozpoczęciem turnieju Eurobasket 2013, który odbywał się jego ukochanej ojczyźnie. Po raz pierwszy, to od niego najwięcej oczekiwano w reprezentacji Słowenii. I pomimo, iż gospodarze skończyli turniej na piątym miejscu, to z pełną świadomością muszę przyznać, że nie zawiódł swoich rodaków. Dragić grał wręcz fenomenalnie i był prawdziwym liderem swojego zespołu. Jego doskonałą dyspozycję docenili również władze FIBA, którzy wybrali go do pierwszej piątki całego turnieju. A ja osobiście już zacieram ręce, bowiem już tego lata ponownie będę mógł podziwiać Słowenię na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii, a w ich barwach prawdopodobnie nie zabraknie Gorana.

Turniej w swoim kraju Goran Dragić może uznać za udany, ale jego doskonałe występy są również dowodem na to, że Słoweniec potrafi grać pod olbrzymią presją. Natomiast aktualna dyspozycja jest po prostu naturalną koleją rzeczy. Goran nie jest już tym młodzieńcem w masce z 2007 roku, a dorosłym, odpowiedzialnym, świadomym swoich zalet koszykarzem. Owocny Eurobasket poprawił również jego samoocenę, Dragić jest dużo pewniejszy w swoich poczynaniach na boisku, a wręcz czasami bezczelny. Nie obawia się żadnego rywala, zarówno w defensywie, jak i w ofensywie.

Spory wpływ na jego grę ma również trener Słońc – Jeff Hornacek, który sam w przeszłości był znakomitym strzelcem. Nowy szkoleniowiec Suns zobaczył w nim połączenie rozgrywającego z strzelcem i postanowił dać mu całkowitą swobodę na boisku. Warto jednak wspomnieć, że Hornacek nie miał nic do stracenia, ponieważ jego drużyna już na początku była skazywana na porażkę praktycznie z każdym. Ale kolejne spotkania i zwycięstwa zespołu z Phoenix pokazywały sceptykom, że nowy szkoleniowiec potrafił zbudować prawdziwy zespół, a główną siłą Suns jest Goran Dragić. Na  grze ze Słoweńcem zyskują praktycznie wszyscy. W końcu swoje koszykarskie miejsce w NBA znalazł – Gerald Green. A nieoczekiwanie dobrze z Goranem współpracuje filigranowy rozgrywający Eric Bledsoe, którzy jeszcze przed kontuzją tworzył z nim duet nie do zatrzymania. Z lepszej dyspozycji swojego rozgrywającego korzystają również bracia Markieff i Marcus Morris. Natomiast prawdziwym objawieniem w grze z Dragiciem stał się Miles Plumlee, który wcześniej „grzał ławę” w kolejnych klubach, a teraz jest etatowym zawodnikiem pierwszej piątki.


Przez wiele lat obserwowałem karierę Gorana Dragića z nadzieją, że kiedyś będzie w tym miejscu, co jest teraz. I niezmiernie mnie to cieszy, że w końcu się doczekałem! Dragić w swojej grze ma jeszcze sporo do poprawy, szczególnie w obronie. Jednak już teraz przypomina zawodnika formatu All Star, a nawet był bardzo blisko udziału w tegorocznym All Star Game, za co od Suns miał otrzymać milionową premię! Pomimo, iż Goran jest już znakomitym zawodnikiem, to nadal z nadzieją będę patrzał w jego przyszłość. Ponieważ jestem przekonany, że będzie jeszcze lepszym koszykarzem. A jego 40 punktów przeciwko Pelicans, to dopiero początek! 


piątek, 31 stycznia 2014

David Stern - Thank You!

Dziś jest ostatni dzień panowania Davida Sterna na stanowisku głównego komisarza NBA. A schedę po nim obejmuje, jego "prawa ręka", czyli Adam Silver. 

Stern nad najlepszą ligą panował od 30 lat. I pomimo, iż wielokrotnie krytykowałem go na łamach tego blogu, to mimo wszystko chciałbym mu podziękować. Ponieważ przejął NBA, która była w wielkim kryzysie ekonomicznym. Poprzednie władze zbytnio nie wiedziały jak zająć się tą sprawą. A sam David Stern długo się nie zastanawiał i zakasał rękawy oraz zabrał się do ciężkiej pracy. Nie chciałbym się zbytnio szczegółowo na jego temat rozpisywać, ponieważ Stern to osoba, o której można pisać książki, a pojedynczy artykuł raczej, by nie zobrazował, co tak naprawdę osiągnął.

Wielu uważa go za szczęściarza, ponieważ objął władzę, kiedy pasjonujący finał NBA rozgrywali Los Angeles Lakers z Boston Celtics. A bohaterami tych spotkań byli - Magic Johnson i Larry Bird. W drafcie z jedynką wybrany został Michael Jordan. Jednak moim zdaniem Stern jako jeden z niewielu ludzi w NBA wiedział jak wykorzystać ten potencjał, by stał się produktem światowym. Wprowadził różne nowoczesne przepisy, które miały zmusić kluby do rozsądniejszego wydawania swoich pieniędzy. A przy tym potrafił przyciągnąć sponsorów i telewizję do ligi. Postaci Magica, Brida, czy nawet Jordana tylko i wyłącznie były częścią jego sprytnej układanki.

Wielu sympatyków koszykówki zapomina, że wygląd dzisiejszej NBA zawdzięczamy tylko i wyłącznie jemu. A sam David jest doskonałym przykładem człowieka, który potrafił zrobić z niczego, coś wielkiego. Objął ligę z ogromnie zadłużonymi klubami. Z zawodnikami, którzy mięli powszechną opinię przepłacanych ćpunów. Natomiast hale sportowe były przestarzałe i na ogół wiały pustkami. To wszystko składa się na niezbyt atrakcyjny produkt, który bardzo trudno sprzedać np. telewizji, czy reklamodawcą. Natomiast koszykówka w USA była na szarym końcu. 

Jednak mimo to w swoim 30 letnim panowaniu Stern zrobił coś niesłychanego. Aktualnie NBA jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych lig na świecie, patrząc na wszystkie dyscypliny. A co najważniejsze jest drugim sportem pod względem popularności w Stanach Zjednoczonych. Dziś NBA to wzór, jeśli chodzi o poziom finansowy i sportowy. Transmisje przekazywane są w 215 krajach, a umowa z TNT i ESPN dale lidze rokrocznie około 930 mln dol., a średnia wartość klubu to 634 mln. Gdy Stern przejął władzę wszystkie 23 kluby były warte łącznie 400 mln!

Oczywiście podczas jego panowania miało miejsce wiele sytuacji, które mocno nadszarpnęły wizerunek NBA. Jednak mimo to nadal potrafił rządzić twardą ręką, dzięki czemu liga stawała się jeszcze silniejsza. Bez wątpienia David Stern odchodzi jako najlepszy komisarz NBA, który potrafił zrobić z ligi światowy produkt najwyższej klasy. Prognozuje się, że zyski NBA w 2016 roku mają sięgać ponad miliard dolarów! To wszystko sprawia, że każdy fan najlepszej ligi koszykarskiej na świecie powinien serdecznie podziękować Davidowi Sternowi, a nie wygwizdywać go przy każdej nadarzającej się okazji. Ponieważ gdyby nie ten człowiek nie moglibyście podziwiać takich wspaniałych zawodników jak Jordan, Bryant, James, czy najnowsze jego odkrycie Kevin Durant.  



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Real Madryt gotowy na NBA?

Od kilku miesięcy władzę nad NBA nieoficjalnie sprawuje Adam Silver, który już 1 lutego na stanowisku komisarza ligi ma zastąpić Davida Sterna. Jednym z pierwszych dużych ruchów nowego sternika najlepszej ligi na świecie ma być problem systemu rozgrywek. A głównie chodzi o rolę Konferencji i Dywizji, w których występują zespoły. System bez wątpienia jest przestarzały i przydałaby się mała modyfikacja. Jednak sam Silver przyznał, że w grę wchodzi nawet zupełnie inny pomysł. Pomysł Konferencji, czy Dywizji Europejskiej jak dotąd był dość odległym i pewnie nadal jest zbyt ambitnym pomysłem. Jednak formę jaką prezentuje jeden z zespołów występujących na Starym Kontynencie sprawia, że nie jest to aż tak odległe marzenie.

Real Madryt w tym sezonie udowadnia wszystkich wokół, że poziom ich rodzimej liga, a nawet Euroligi jest zbyt niski, dla ich obecnej formy. Królewscy od początku nowych rozgrywek prezentują się wręcz fenomenalnie, odprawiając z kwitkiem kolejnych rywali. Ich dotychczasowa dyspozycja pokazuje, że już teraz prawdopodobnie przyzwoicie prezentowali, by się na parkietach NBA. Może nie od razu awansowaliby do fazy play-off, ale na pewno nie byliby przysłowiowym – „chłopcem do bicia”. Mimo czwartkowej porażki w Moskwie przeciwko CSKA to statystyki klubu ze stolicy Hiszpanii prezentują się fenomenalnie. Do wczoraj nie przegrali oni od 29 spotkań!!! Mistrz Hiszpanii w Lidze Endesa (ACB) jest niepokonany od 17. kolejek średnio pokonując swoich przeciwników różnicą 18 punktów. W każdym meczu rzucają średnio 87 punktów, tracąc ledwie 69 punktów. A warto zauważyć, że ACB jest jedną, jak nie najsilniejszą ligą w Europie. Realowi znacznie lepiej wiedzie się w Eurolidze. W koszykarskiej Lidze Mistrzów w fazie grupowej pokonywali swoich rywali średnią różnicą 24 punktów. Zdobywając prawie 90 punktów na mecz, a tracąc 65 punktów. Statystyki te muszą robić wrażenie oraz doskonale pokazują, że prezentują wręcz galaktyczną koszykówkę. Jaki jest sekret ich kolejnych sukcesów?

Przede wszystkim trener. Od 2011 roku szkoleniowcem Realu jest Pablo Laso. W przeszłości był całkiem niezłym rozgrywającym, a jako trener nigdy nic wielkiego nie osiągnął. Jego zatrudnienie w Madrycie było sporym zaskoczeniem. Jednak sam Laso nie zaważając na przeciwności systematycznie ulepszał swój zespół. A obecne sukcesy drużyny, są głównie jego zasługą.

Jednak bez wątpienia ich największą siłą jest wyrównany i zbilansowany skład. Włodarze klubu wraz z trenerem systematycznie oraz bardzo rozsądnie go wzmacniali. Za nowymi zawodnikami szły również większe sukcesy, od zeszłorocznego finału Euroligi, który niestety przegrali. Ale była to jedna z nielicznych  porażek w zeszłym sezonie. A samo dojście do wielkiego finały jest już sporym sukcesem. Mimo wszystko warto jeszcze raz obejrzeć ten mecz, ponieważ w tych rozgrywkach koszykarskiej Ligi Mistrzów możemy już nie ujrzeć przegranej Królewskich.

W końcu swoje miejsce na koszykarskiej mapie odnalazł Sergio Rodriguez, który przeżywa drugą młodość w Madrycie. W barwach Realu prezentuje niezwykły poziom, jak na warunki Europy. W takiej formie z powodzeniem mógłby być jednym z czołowych rozgrywających w NBA. Rodriguez większość meczów rozpoczyna w roli rezerwowego. Pomimo to jest głównym kandydatem do nagrody MVP Ligi Endensa oraz jednym z kandydatów do tej samej nagrody w Eurolidze. Po odejściu Ante Tomića do FC Barcelony, w pełni skrzydła mógł rozwinąć Nikola Mirotić. Pochodzący z Bałkanów Hiszpan jest prawdziwym objawieniem tego sezonu i wyrasta na prawdziwego lidera Realu. Mirotić to idealny przykład nowoczesnego podkoszowego. Mimo swojego wzrostu jest niezwykle mobilnym zawodnikiem, który dysponuje bardzo dobrym rzutem zarówno z dystansu, jak i półdystansu. Już teraz mocno zabiegają o niego włodarze Chicago Bulls, którzy wybrali go w drafcie w 2011 roku (23 nr.). W USA porównywany jest nawet do Pau Gasola.  

Jednak Rodriguez i Mirotić to nie wszystko. Warto pamiętać, że barw Realu bronią tacy doskonali zawodnicy jak: Rudy Fernandez, Sergio Llull, czy też Amerykanie: Jaycee Carroll, Marcus Slaughter, Termmell Darden oraz Dantaye Draper. A przed sezonem wzmocnił ich jeden z najlepszych centrów na Startym Kontynencie, czyli Grek – Ioannis Bourousis. Wręcz doskonałą całość uzupełnia chodząca legenda Królewskich – Felipe Reyes, który ostatnio mocno dał się we znaki Maciejowi Lampe, przy okazji Gran Derbi.

Gra Realu Madryt w tym sezonie jest czymś wyjątkowy. Odprawiają z kwitkiem kolejnych rywali, udowadniając tym samym, że konferencja, bądź dywizja NBA po za granicami Stanów Zjednoczonym ma sens, a sama liga bardzo, by na tym zyskała. Jednak jak na razie jest to bardzo odległe marzenie…a szkoda!

środa, 15 stycznia 2014

Grek, który może zwojować NBA

Zeszłoroczny draft NBA może nie był zbyt silny i raczej trudno w nim szukać przyszłych członków Hall Of Fame. Jednak w tym całym natłoku koszykarzy jest chłopak, w którym dżemie ogromny potencjał. I nie jest to Michael Carter-Williams, czy Victor Oladipo.

Z 15. numerem drużyna Milwaukee Bucks wybrała nieznanego wcześniej w USA, Greka Nigeryjskiego pochodzenia. Giannis Atetokounmpo, a raczej Adetokoubo, bo już Amerykanie zdążyli przeobrazić jego nazwisko, dla swojej wygody. Jest ledwie 19-letnim koszykarzem, który mierzy mniej więcej 207 cm wzrostu. Dlaczego „mniej więcej”, ponieważ jest jedynym zawodnikiem NBA, który UWAGA – Nadal rośnie! Za kilka lat może okazać się, że będzie najwyższym zawodnikiem występującym na pozycji rzucającego obrońcy – niskiego skrzydłowego w historii NBA. Swoją posturą łudząco przypomina Kevina Duranta. A jak sam Giannis przyznaje w swojej grze stara się wzorować na gwieździe Thunder, którego jest wielkim fanem.

Przed draftem o Greku zrobiło się głośno, ponieważ wszystkich: skautów, menadżerów oraz trenerów zaskoczył niesamowitymi warunkami fizycznymi. Mnie osobiście zdziwił rozmiar jego dłoni (ponad 20 cm), które wręcz są nienaturalnie wielkie. I to głównie dzięki swoim warunkom fizycznym został tak wysoko wybrany, ponieważ poprzedni sezon spędził ledwie w drugiej lidze greckiej. Jednak im dłużej mu się przypatruje, to coraz bardziej się do niego przekonuję. Myślę, że jeśli będzie ciężko pracował to może stać się zawodnikiem pokroju Dirka Nowitzkiego, który również przybył zza ocean z drugiej ligi.

Wbrew pozorom bardzo dobrze, że trafił na koszykarskie peryferia NBA. Ponieważ w Milwaukee spokojnie może doskonalić swoje umiejętności i ciężko pracować nad swoimi niedoskonałościami. Mimo to już teraz jest niezwykle wszechstronnym zawodnikiem. Doskonale zbiera, blokuje, czy nawet asystuje swoim kolegom. A co najważniejsze – jak na nienaturalnie wysokiego człowieka, jest bardzo mobilnym graczem, którego pełno na parkiecie. Pamiętajmy również, że ma dopiero 19 lat i jeszcze wiele przed nim. Ja osobiście trzymam za niego kciuki i wierze, że w kolejnych sezonach będzie tylko lepszy. Tym samym wyprowadzając swoich Bucks z koszykarskich peryferii na prawdziwe salony.

Karierę w USA rozpoczął również jego starszy brat Thanasis, który występuje w jednej z drużyn D-League i ma zamiar zgłosić się do tegorocznego draftu NBA. 

sobota, 11 stycznia 2014

Nowy Król Gdyni

Od czasu przenosin Prokomu do Gdyni i powstania nowej marki pod nazwą Asseco, w tym klubie grało wielu wybitnych koszykarzy. Publiczność w Gdyńskiej Arenie oczarowywali m.in. David Logan, Quintel Woods, czy Donatas Motejunas. Ich czas przeminął, a sami zawodnicy postanowili poszukać bardziej wymagających wyzwań w silniejszych ligach. Jednak wraz z gwiazdami przeminęły również wielkie pieniądze (jak na Polskie warunki) w klubie z Trójmiasta. Przed obecnym sezonem działacze Asseco do budowy składu musieli podejść całkiem inaczej, niż miało to miejsce w poprzednich latach.

Władze Asseco dość niespodziewanie trafili w przysłowiową dziesiątkę, a raczej w dwudziestkę dwójkę, ponieważ właśnie z takim numerem występuje Amerykanin – A.J. Walton, który wręcz od pierwszego spotkania zaskarbił sobie mnóstwo fanów. A.J. pierwsze koszykarskie szlify zdobywał w swojej rodzinnej miejscowości – Little Rock, by później przenieść się na uczelnię Baylor. W barwach popularnych Niedźwiedzi spędził, aż trzy sezony. W swoim zespole nie był wielką gwiazdą, a raczej solidnym zawodnikiem, który mimo to mógł liczyć na karierę w Europie. Na szczęście sięgnęli po niego działacze z Gdyni i wszyscy możemy go teraz podziwiać.


Przed sezonem wiązałem z nim ogromne nadzieje. I na szczęście się nie zawiodłem.  Po solidnym przeszkoleniu na dobrej, a nawet bardzo dobrej uczelni, byłem przekonany, że będzie czołową postacią Tauron Basket Ligi. A tekście „Przed sezonem TBL: Asseco Gdynia” właśnie tak go opisałem: „Całkiem możliwe, że zostanie największą gwiazdą Asseco oraz całej Tauron Basket Ligi. Rozgrywający, który również może grać na pozycji rzucającego obrońcy jest świeżo upieczonym absolwentem silnej uczelni Baylor. Znakomicie gra na koźle w akcjach pick and roll. Mimo, iż nastawiony jest głównie na zdobywanie punktów, potrafi również doskonale asystować. Bardzo dobry rzut zarówno z półdystansu jak i dystansu. Braki w obronie zdecydowanie nadrabia pod drugim koszem. Jest również duszą towarzystwa, pozytywnie wspiera swoich kolegów z drużyny. Bardzo przypomina w zachowaniu boiskowym oraz poza boiskowym Jerela Blassingame’a.” Jednakże w jednym się pomyliłem, ponieważ porównałem go do Blassingame’a, a już teraz wiem, że jest zawodnikiem zdecydowanie większego formatu.

Mimo, iż A.J. przez większość swojej dotychczasowej kariery występował na pozycji rzucającego obrońcy, to dość szybko przestawił się na pozycję rozgrywającego, i momentami wygląda jak prawdziwy wyjadacz parkietowy na tej pozycji. Osobiście niezwykle imponuję mi jego gra na koźle. Widziałem większość jego spotkań w tym sezonie i ani razu nie zauważyłem, by ktoś z łatwością wybrał mu piłkę. Perfekcyjnie radzi sobie z różnego rodzaju podwojeniami, wielokrotnie ośmieszając swoich obrońców. Oczywiście zagrania Pick and Roll ,również nie są dla niego pierwszyzną i rewelacyjnie się w nich odnajduje. Krótko mówiąc , Walton to urodzony combo guard, który znakomicie łączy zdobywanie punktów z kreowaniem swoich kolegów z zespołu. 

Jednakże moim zdaniem jego największa zaleta nie jest związana z koszykówką. Nie są to efektowne wsady, asysty, bloki, czy zbiórki. A jego charakter. A.J. jest niezwykle ciepłym i miłym człowiekiem, który chyba sam sobie nie zdaje sprawy, że jest gwiazdą naszej ligi. Oznak jakiegokolwiek gwiazdorstwa bardzo trudno się w nim doszukiwać. A przeskok z NCAA do zawodowego grania bardzo dobrze zniósł. Podziwiam go nie tylko na boisku, a zwłaszcza poza nim. Bardzo integruje się z gdyńskim otoczeniem. Przychodzi na mecze drugiej ligi koszykarzy, ekstraklasy koszykarek, czy nawet piłkarek ręcznych. Po prostu wszędzie go pełno i zawsze na jego twarzy widnieje niezwykle szeroki uśmiech. Przed każdym meczem we własnej hali urządza sobie mały pojedynek 1 na 1 z chłopcami do podawania piłek, co doskonale obrazuje jakim jest człowiekiem. Jednak, co najważniejsze nigdy nie odmawia rozmowy. Zawsze znajdzie dla każdego chwilę. Pomimo, iż jest to jego pierwszy sezon na zawodowych parkietach, już teraz jest doskonałym przykładem prawdziwego zawodowcy. Wielu bardziej doświadczonych koszykarzy mogłoby się od niego uczyć. Walton doskonale rozumie, że jego obowiązkami są nie tylko mecze, a zwłaszcza zachowanie poza boiskowe. Czyli m.in. cierpliwa rozmowa z mediami, czy bycie dobrym przykładem dla najmłodszych adeptów koszykówki.



A.J. Walton jest nadal bardzo młodym zawodnikiem, który ma sporo do poprawy w swojej grze. Musi skupić się  nad swoją defensywą oraz rzutem półdystansowym oraz dystansowym. Mimo to podziwianie jego gry na żywo jest niesamowitą przyjemnością i piszę to jako fan, a nie dziennikarz. Jednak jako dziennikarz doskonale zdaje sobie sprawę z jego potencjału, dlatego też staram się delektować każdą chwilą spędzoną przez niego na parkiecie. Ponieważ już niedługo będę mógł go tylko oglądać w telewizji. Chciałbym mu życzyć kariery w NBA, ale wiem, że jest to raczej niewykonalne. Jednak kariera podobna do jego rodaka – Bo McCalebb’a jest jak najbardziej w jego zasięgu. Dlatego życzę mu, by w przyszłości zwojował całą koszykarską Europę, a ja z przyjemnością będę obserwował jego postępy. 

piątek, 3 stycznia 2014

On nie ściąga gwiazd, on je tworzy!

Na parkietach NBA od kilku sezonów można zaobserwować pewnego rodzaju zmianę pokoleniową. Szczególnie można to zauważyć na ławkach trenerskich. Na przedwczesne emerytury wysłani zostali już: Phil Jackson, Jerry Sloan, czy ostatnio George Karl. Natomiast pierwsze szlify na zawodowych parkietach zbierają m.in. : Brad Stevens, Jeff Hornacek, Brian Shaw oraz Jason Kidd. Jednak ten tekst nie będzie poświęcony trenerskiej młodzieży, a trenerowi, który doskonale łączy starą szkołę z nowoczesnym szkoleniem.

Gregg Popovich, bo o nim oczywiście mowa, to trener, którego szczególnie cenie, jeśli chodzi o parkiety NBA. Wielu fanów najlepszej ligi na świecie uważa, że ekipa Spurs jest jedną z tych, której po prostu się nie da oglądać. Oczywiście jeśli jesteście weekendowymi sympatykami NBA, to nie dziwie się, że ich unikacie. Jednak dla ludzi związanych z koszykówką przez większość swojego życia gra ekipy z Teksasu jest czymś z innej planety. Prawdziwym basketem dla koneserów, którzy mogą delektować się każdą minutą gry Ostróg.

Popovich jest Amerykaninem serbskiego pochodzenia, który ukończył Akademię Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych na kierunku rusycystki (stąd podejrzenia, że był agentem i szpiegiem CIA) oraz Uniwersytetu w Denver na kierunku wychowanie fizyczne. W swojej karierze pobierał nauki m.in. od : Larry Browna, Dona Nelosona oraz Georga Karla, którego był asystentem w 2002 roku podczas mistrzostw świata. Zważywszy na to co przez większość swojej kariery osiągnął, śmiało można przyznać, że zdecydowanie przerósł swoich nauczycieli. Jednak mi osobiście Pop imponuje tym, że nigdy nie pozyskiwał gwiazd, a sam je tworzył. Zawsze wiedział jakiego zawodnika potrzebuje, a z przeciętnych graczy potrafił robić koszykarzy dużego formatu.

Swój zespół prowadzi twarda ręką, ale jego zawodnicy doskonale wiedzą czego od nich wymaga. Mi osobiście Popovich imponuje tym, że przez tyle lat praktycznie do perfekcji udoskonalił poszukiwanie zawodników na wolnym rynku. Dobrze wie jakiego gracza potrzebuje. Takiego znajduje i to jeszcze za niewielką cenę. Przejrzałem wszystkie składy Spurs na przestrzeni 18-letniego panowania Generała i z pełną świadomością mogę przyznać, że jest mistrzem w znajdowaniu koszykarskich klonów swoich schodzących gwiazd.

Rozpoczęło się dość dawno, ponieważ od samego Tima Dunaca, który już w pierwszym sezonie pobierał nauki od starszego kolegi z zespołu - Davida Robinsona. Patrząc na karierę obu panów widać, że uczeń przerósł mistrza oraz doskonale prowadził swoją drużynę do kolejnych sukcesów. A samego Popovicha wykreował na jednego z najlepszych trenerów NBA. Podobnie było z Brucem Bowenem, którego Pop wyciągnął z Europy. Specjalistę od defensywy oraz rzutów trzypunktowych zastąpił Kawhi Leonardem, który już teraz jest jednym z najlepszych obrońców NBA oraz lepszą, bo bardziej fizyczną wersją Bowena. Identycznie było z zastąpieniem Raso Nesterovića oraz Fabricio Oberto, których zastąpiła lepsza wersja, czyli Tiago Splitter. Gregg nie zwalniał tempa i z kolejnymi sezonami znajdował coraz to lepsze perełki, udoskonalając swoją maszynkę do zwycięstw.

Niechciani i uważani za mocno przeciętnych: Danny Green oraz Gary Neal odnaleźli swój nowy dom w San Antonio. Popovich doskonale potrafił wyodrębnić ich mocne strony, zasłaniając tym samym ich wady w defensywie, czy grze na koźle. A dyspozycja Greena w ostatnich finałach mówi sama za siebie jakim doskonałym fachowcem jest jego trener.

W tym sezonie natomiast wykluły się kolejne klony. Patty Mills już teraz bardzo dobrze zastępuje super gwiazdę Ostróg – Tony Parkera, a z kolejnymi minutami spędzonymi na parkiecie przez Australijczyka powinno być tylko lepiej. Jednak najlepszym przykładem jak wielkim trenerem jest Pop, jest dyspozycja Marco Belinellego. Włoch praktycznie od razy odnalazł się w skomplikowanej taktyce Spurs. A ja osobiście muszę się przyznać, że wielokrotnie już w tym sezonie myliłem go z Manu Ginobili. W swojej grze łudząco przypomina starszego kolegę z zespołu i z pewnością w przyszłości będzie pełnił równie dużą rolę w zespole, co Argentyńczyk.

Sukcesy same stoją za Popovichem i nie ma wątpliwości, że jest on jednym z najwybitniejszych trenerów w historii NBA, ale jako jeden z niewielu w historii ma rzadką umiejętność odnajdywania właściwych zawodników za stosunkowo niewielką cenę. On nie ściąga gwiazd, on je tworzy!


poniedziałek, 30 grudnia 2013

Koszykarski Rok 2013

Zawodnik Roku: 1. Lebron James (Miami Heat)
2. Tony Parker (San Antonio Spurs/Francja)
3. Vassilis Spanioulis (Olympiacos Pireus/Grecja)


Trener Roku: 1. Gregg Popovich (San Antonio Spurs)
2. Erik Spoelstra (Miami Heat)
3. Jonas Kazlauskas (Litwa)



Drużyna Roku: 1. Olympiacos Pireus
2. Miami Heat
3. Francja



Polski Zawodnik Roku: 1. Maciej Lampe (Caja Laboral/FC Barcelona)
2. Marcin Gortat (Pheonix Suns/ Washington Wizards)
3. Michał Ignerski (Dynamo Banco Di Sardegna)



Zawodnik Roku TBL: 1. Adam Waczyński (Trefl Sopot)
2. Łukasz Koszarek (Asseco Prokom Gdynia/Stelmet Zielona Góra)
3. Aaron Cel (PGE Turów Zgorzelec/Stelmet Zielona Góra)



Polski Zawodnik Roku w TBL: 1. Łukasz Koszarek (Asseco Prokom Gdynia/Stelmet Zielona Góra)
2. Adam Waczyński (Trefl Sopot)
3. Przemysław Zamojski (Asseco Prokom Gdynia/Stelmet Zielona Góra)


Młodzieżowiec Roku: 1. Mateusz Ponitka (Asseco Prokom Gdynia/Telenet Odensa)
2. Przemysław Karnowski (Gonzaga Buldogs)
3. Damian Jeszke (SMS Władysławowo/Rosa Radom)




Zaskoczenia Roku 1. Ukraina 
2. Jakub Dłoniak (Jezioro Tarnobrzeg/Rosa Radom)
3. Portland Trail Blazers



Najgorszy Trener Roku: 1. Drik Bauermann (Polska/Lietuvos Rytas)
2. Jason Kidd (Brooklyn Nets)
3. Vasiliy Karasev (Rosja)



Rozczarowanie Roku: 1. Polska




W nadchodzącym nowym 2014 roku życzę wszystkim czytelnikom i sympatykom najpiękniejszego sportu na świecie samych sukcesów zawodowych oraz sportowych! By nowy rok opiewał w jak największą dozę koszykarskich emocji, które będziecie pamiętać do końca życia. 

piątek, 20 grudnia 2013

Oświadczenie Łukasza Wichniarza

Można powiedzieć, że Łukasz Wichniarz nie wymiękł i potwierdził w specjalnym oświadczeniu całą sytuację, która miała miejsce w czasie jego gry w PGE Turowie Zgorzelec. Całą sprawę opisałem tutaj. 



sobota, 14 grudnia 2013

Mobbing w koszykówce, czyli Tyran Rajković

O całej zaistniałej sytuacji chciałem napisać już kilka dni temu. Jednak powstrzymałem się z nadzieją, że trener Rajković przy okazji spotkania z Asseco Gdynia cokolwiek powie o tej sprawie. Sala konferencyjna po meczu pękała w szwach, ale wszyscy zgromadzeni tam dziennikarze musieli obejść się smakiem. Ponieważ jak można było się spodziewać Serb nie wytłumaczył praktycznie niczego odmawiając komentarza. No, ale zacznijmy od początku.

Mobbing – stosowanie różnych form przemocy psychicznej w miejscu pracy.

Niestety, ale wszystko wskazuje na to, że Łukasza Wichniarza, bo to on jest głównym bohaterem tej afery spotkało, a raczej miało spotkać coś więcej niż tylko przemoc psychiczna. Wszystko rozpoczęło się od wpisu Adriana Markowskiego, który w poprzednim sezonie miał „przyjemność” pracować w sztabie Miodraga Rajković’a jako trener od przygotowania fizycznego. Sam Markowski ma spore doświadczenie w sporcie, ponieważ jest byłym mistrzem Polski w rzucie oszczepem. Na forum klubu postanowił przedstawić pewną sytuację z poprzedniego sezonu.

-W marcu drużyna jechała na mecz wyjazdowy, a trener poprosił mnie, żebym został w Zgorzelcu i trenował z Łukaszem Wichniarzem. Dodał, że klub chce z nim rozwiązać kontrakt, i zasugerował, abym tak poprowadził trening, żeby zniszczyć kolana Łukasza, z którymi miał drobne problemy. Kazał, by zawodnik biegał po betonie i schodach.


Mleko się wylało, a z każdym kolejnym dniem afera nabierała oraz nadal nabiera kolorytu. Oczywiście sam Markowski owych zajęć nie przeprowadził. – Opowiedziałem o wszystkim Łukaszowi i wbrew sugestii trenera przeprowadziłem z Wichniarzem normalne zajęcia. Zrobiłem zdjęcia, że niby ćwiczenia były ciężkie i wysłałem je MMS-em pracownikowi klubu, który miał je pokazać trenerowi.

Rajković sam był pomysłodawcą pozyskania Wichniarza, jednak z biegiem kolejnych meczów coraz bardziej był niezadowolony z jego dyspozycji, a raczej nigdy nie dał mu prawdziwej szansy gry. Kontrakt zawodnika nadal obowiązywał, a by klub nie musiał ponosić dodatkowych kosztów, musiał być rozwiązany za porozumieniem stron. Więc szkoleniowiec postanowił w znaczący sposób zniechęcić swojego zawodnik. Mała ilość minut, ciężki trening oraz Bóg i sami zainteresowani wiedzą co jeszcze. Takich metod używa trener uznany, za najlepszego w swoim fachu w poprzednim sezonie Tauron Basket Ligi. Ponoć Rajković już wcześniej psychicznie znęcał się nad swoim zawodnikiem, chcąc udowodnić swoją wyższość.


Władze Turowa Zgorzelec oczywiście wszystkiemu zaprzeczają, a sam prezes Waldemar Łuczak komentuje – Nie będę komentował bzdur i kłamstw. Prawda jest jednak taka, że władze doskonale wiedziały o zaistniałej sytuacji, a co więcej takie praktyki miały już tam nie raz miejsce. Najlepiej o tym świadczy telefon wykonany przez rzecznika prasowego klubu do Markowskiego, w którym groził byłemu pracownikowi. Sytuacja jest niezwykle poważna, ponieważ może skończyć się w prokuraturze, a klubowi oraz trenerowi grozi poważne oskarżenie, ponieważ jest to przestępstwo – podżeganie do uszkodzenia ciała w stopniu średnim. Jednak wszystko zależy od samego zawodnika. Łukasz Wichniarz jak na razie nie chce komentować całej sytuacji, ale już konsultuje się ze swoimi prawnikami. Jaki będzie koniec tej afery? Czas to najlepiej zweryfikuje.

Wielu dziennikarzy owa sytuacja mocno zbulwersowała, mnie natomiast w ogóle. Możliwe, że wpływ na to miało to, że  jestem świeżo po lekturze pt. „Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty”. W książce jest bardzo interesujący fragment dotyczący czasu gry Adama w Turowie. „Teraz przekonał się po raz kolejny, że zawodowa koszykówka to nie tylko sport, ale i biznes, w którym nie zawsze obowiązują czyste reguły gry. Urlep po prostu nie chciał mieć w drużynie Wójcika i zaliczył go do grona zawodników do odstrzału. (…) Na treningach zaczęło dochodzić do groteskowych sytuacji, które można by określić mianem koszykarskiego mobbingu. Na przykład podczas wewnętrznych gier pięciu na pięciu Urlep nie odgwizdywał na Adamie ewidentnych fauli albo gdy Wójcik wychodził na obwód i trafiał za trzy, trener kwestionował sens takich zagrań, z których przecież Adam słynął w jego Śląsku i jego w kadrze. (…)Myślę, że Urlep chciał mnie złamać i w pewnym stopniu nawet mu się to udało. Ale mimo wszystko cieszę się, że przeszedłem przez to wszystko i coś mu, a przy okazji sobie, udowodniłem”. Każdy wie jakim typem człowieka jest Urlep – do najspokojniejszych na pewno nie należy. Patrząc po jakich szkoleniowców sięgano w Zgorzelcu, można śmiało przyznać, że uwielbiają furiatów. Filipowski, Urlep, a teraz Rajković. Tym samym rozumiem dlaczego pracę stracił tam trener, którego osobiście bardzo cenie, czyli Jacek Winnicki. Aktualny trener CCC Polkowice po prostu był zbyt grzeczny dla zarządu, a może zbyt normalny?

W mojej raczej skromnej karierze zawodnika kilkukrotnie spotkałem się z tzn. mobbingiem. Na szczęście nie w zespołach, w których miałem okazje grać, a w przeciwnych. Do końca życia będę pamiętał jako jeszcze młodzik, czy kadet na swojej drodze spotkałem jednego z trenerów z Gdańska. Postawny człowiek, widać, że były koszykarz. Jednak jak się szybko okazało niespełniony koszykarza. Metody jakie preferował były wręcz niedopuszczalne. On ich nie trenował, a raczej się na nich wyżywał. Najgorsze jest jednak to, że ten człowiek nadal „szkoli” młodzież, ponieważ w swoim klubie jest prezesem, trenerem itd. Jak wiele talentów zniszczył? Można się tylko domyślać.

W moim rozumowaniu trener to osoba, która swoim warsztatem oraz odpowiednimi umiejętnościami ma zyskać szacunek u swoim podopiecznych. Wycieńczające treningi, krzyk i obelgi sprawią, że zawodnicy tylko i wyłącznie Cię znienawidzą. Odpowiednią motywacją oraz ludzkim podejściem możesz sprawić, że zawodnicy Cię pokochają i będą w stanie pójść za Tobą w ogień. Metody Rajković’a może przynoszą efekt, ale są krótkotrwałe. Sezon, dwa w jednym miejscu i zmiana pracy, ponieważ w zawodnikach narasta coraz to większa frustracja. Turów w trzech ostatnich spotkaniach nie odniósł zwycięstwa, dodając do tego aferę Wichniarza i można łatwo wnioskować, że dni Serba są już policzone. I bardzo dobrze, bo w mojej ukochanej dyscyplinie nie ma miejsca dla takich ludzi, którzy ją niszczą. „Good luck my friend!”


wtorek, 10 grudnia 2013

Jak będzie wyglądał Dream Team 2014?

Na przełomie sierpnia i września przyszłego roku startują w Hiszpanii Mistrzostwa Świata mężczyzn. Oczywiście wystąpią w nim obrońcy tytułu oraz aktualni złoci medaliści olimpijscy, czyli reprezentacja Stanów Zjednoczonych. Prawdopodobnie zbliżający się turniej będzie kolejnym etapem przygotowań przed Igrzyskami Olimpijskimi w Rio w 2016 roku, więc możliwe, że w Hiszpanii nie wystąpią teoretycznie największe gwiazdy NBA.

Sztab szkoleniowy na czele z terenem Krzyżewskim prawdopodobnie postanowi mocno odmłodzić skład dając szansę wschodzącym gwiazdą NBA.
Jak miało to miejsce na MŚ w Turcji, kiedy ogrywać mogli się m.in. Russell Westbrook, czy Derrick Rose. Czas oraz kolejne turnieje pokazują, że system Coacha K doskonale się sprawdza. Żaden zawodnik nie jest pewny podstawowego miejsca w składzie, więc rywalizacja stoi na bardzo wysokim poziomie. Taka sytuacja sprawia, że w każdym kolejnym meczu odmłodzony Dream Team wygląda coraz lepiej. Oczywiście prawdziwą „Drużynę Marzeń” trudno sobie wyobrazić bez takich zawodników jak: Carmelo Anthony, Kevin Durant, Kobe Bryant, Dwight Howard, Chris Paul, Dwayne Wade, Derrick Rose, czy Lebron James. Niestety, bądź na szczęście nie ujrzymy większości z nich na parkietach w Hiszpanii. Jedynym pewniakiem jest Kevin Durant, który jeśli będzie zdrowy to na pewno nie odmówi udziału. Raczej z kadry zrezygnują Howard, Bryant, Wade oraz Rose, który nadal ma problemy ze swoim zdrowiem. Młodszych kolegów swoim niezbędnym doświadczeniem możliwe, że będzie spierać ktoś z trójki: James, Anthony, Paul. W zależności od ich stanu zdrowia oraz jak długo będą trwać ich aktualne rozgrywki NBA.

Szkoleniowiec USA już zdążył sprawdzić większość kandydatów, na których być może postawi w przyszłym roku. Ponieważ zorganizował specjalną konsultacje w ostatnie wakacje, na której przetestował wschodzące gwiazdy NBA.


Do Mistrzostw Świata w Hiszpanii pozostało sporo czasu, więc jeszcze bardzo trudno prognozować kto otrzyma szansę od Krzyżewskiego. Jednak mam kilku faworytów, którzy moim zdaniem mają spore szanse na powołanie. Już teraz nie wyobrażam sobie Dream Teamu bez takich zawodników jak: George, Curry, Irving, Griffin, Harden, czy Love. Jednakże moim cichym faworytem jest LaMarcus Aldridge, który notuje sezon życia i jeśli nadal będzie zdrowy powinien wystąpić na parkietach w Hiszpanii.


Na parkietach NBA możemy coraz mocniej zaobserwować swego rodzaju wymianę pokoleniową, którą zapoczątkował Kevin Durant. Z biegiem kolejnych lat coraz śmielej do bram All-Stars biją kolejne nowe gwiazdy, a raczej gwiazdeczki NBA. Zbliżający się turniej może pokazać całemu światu, jak będzie wyglądała przyszłość najlepszej ligi koszykówki na świecie.

Poniżej mój 21. osobowy skład, z którego można spleść całkiem niezły Dream Team.

ROZGRYWAJĄCY

Kyrie Irving (Cleveland Cavaliers), Damian Lillard (Portland Trail Blazers), John Wall (Washington Wizards), Stephen Curry (Golden State Warriors), Russell Westbrook (Oklahoma City Thunder).

OBWODOWI

Paul George (Indiana Pacers), Klay Thompson (Golden State Warriors), Kevin Durant (Oklahoma City Thunder), James Harden (Houston Rockets), Rudy Gay (Sacramento Kings), DeMar Derozan (Toronto Raptors), Kawhi Leonard (San Antonio Spurs), Dion Waiters (Cleveland Cavaliers).

PODKOSZOWI


Kevin Love (Minnesota Tiberwolves), Blake Griffin (Los Angeles Clippers), LaMarcus Aldridge (Portland Trail Blazers), Roy Hibbert (Indiana Pacers), Kenneth Faried (Denver Nuggets), Greg Monroe (Detroit Pistons), Anthony Davis (New Orleans Pelicans), Demarcus Cousins (Sacramento Kings).     

piątek, 6 grudnia 2013

Polska Liga w końcu dla Polaków!

Od kilku lat w PLK, a od niedawna w Tauron Basket Lidze można zaobserwować pewną prawidłowość. Gwiazdami całej organizacji nie są Polacy, a zawodnicy zagraniczni, którzy przyjeżdżają do naszego kraju się wypromować. Donatas Motejunas, Thomas Kelati, David Logan, Qyntel Woods, Jerel Bassingame, Quinton Hosley, czy też Walter Hodge to tylko mały procent zawodników, którzy zawdzięczają karierę PLK. A ilu w tym czasie Polaków znalazło zatrudnienie w dobrych ligach zagranicznych?  Na szczęście w obecnych rozgrywkach jest (o dziwo) zupełnie inaczej, co niezmiernie mnie cieszy. Na trzech pierwszych miejscach w klasyfikacji średniej zdobyczy punktowej, są zawodnicy urodzeni i koszykarsko wychowani w naszym kraju.

Kazus Dłoniaka

Jakub Dłoniak – większości kibicom koszykówki w naszym kraju jeszcze dwa lata temu to nazwisko nic nie mówiło. Jednak pochodzący z Gorzowa zawodnik poprzednimi rozgrywkami udowodnił, że Polak potrafi i to jak. Z gracza, który przez większość kariery miał przyszytą łatkę „zapchaj dziury” w składzie każdego kolejnego klubu PLK. Nagle stał się pierwszoplanową postacią naszej ligi. Były już zawodnik Jeziora Tarnobrzeg oczarowywał wszystkich w kolejnych spotkaniach. Jakub po prostu pozbył się kompleksów i wykorzystał szansę jaką dał mu los. Efektem takiej postaci rzeczy był tytuł króla strzelców Tauron Basket Ligi, nominacja do Meczu Gwiazd oraz powołanie do reprezentacji Polski. Kazus Dłoniaka jest idealnym przykładem i dowodem na to, że warto stawiać na zawodników: utalentowanych, a co najważniejsze urodzonych w naszym kraju. Jaki jest sens wydawania pieniędzy na licencje, bilety lotnicze itp. skoro jeszcze dokładnie nie zbadaliśmy naszego rynku? Jestem przekonany, że gdzieś w 1, 2, a może nawet 3 lidze biega po boisku drugi Dłoniak. Na szczęście większość z naszych klubów TBL poszło po rozum do głowy i w obecnych rozgrywkach postanowili śmielej postawić na Polaków.

Zmiana warty

Adam Waczyński w pojedynku z Kacprem Borowskim
Oczywiście w naszej lidze ostatnio były, bądź nadal są uznane jednostki, jak: Łukasz Koszarek, Filip Dylewicz, czy grający aktualnie w lidze ukraińskiej Krzysztof Szubarga. To trudno było szukać ich następców. Jednak z roku na rok coraz śmielej do elity przedzierały się kolejne nazwiska. Jedną z gwiazd Tauron Basket Ligi jest już teraz Adam Waczyński, który znakomicie zastąpił w roli lidera Dylewicza. 24-letni obrońca jest aktualnie ze średnią 18.1 punktu najlepszym strzelcem naszej ligi, co doskonale obrazuje jak wielki postęp poczynił w ostatnich latach Waczyński. O niewiele ustępuje mu Przemysław Zamojski, który zajmuje fotel wicelidera ze średnią 17.6 punktu. Zamojski przybył do Stelmetu Zielona Góra w roli solidnego ligowca, a stał się pierwszym strzelcem mistrza Polski. Pochodzący z Elbląga obwodowy znakomicie prezentuje się również w rozgrywkach Euroligowych, gdzie notuje średnie na poziomie: 13.8 punktu w 6 spotkaniach. O ile dyspozycja Waczyńskiego i Zamojskiego nie jest tak dużym zaskoczeniem, to rewelacyjna forma Damiana Kuliga jest nie małą niespodzianką. Skrzydłowy PGE Turowa Zgorzelec notuje najlepszy sezon w dotychczasowej karierze. Damian jest trzecim strzelcem naszej ligi ze średnią 16.4 punktu i czołowym zawodnikiem wicemistrza Polski, a jego rewelacyjny występ (28 punktów, 10/18 z gry, 10 zbiórek) przeciwko zespołowi Energa Czarni Słupsk mówi sam za siebie.
Damian Kulig odbierający nagrodę dla zawodnika miesiąca 


Nadchodzi młodzież

Warto spytać – Co  dalej? Czy widać następców Zamojskiego, Waczyńskiego, czy Kuliga? Z pełną świadomością i satysfakcją muszę przyznać – TAK! Już teraz solidnymi ligowcami w silnych zespołach są: Michał Michalak i Michał Sokołowski, którzy z roku na rok wyglądając coraz lepiej. Swoją szansę na parkietach ekstraklasy otrzymał w końcu Filip Matczak, który wraz z Sebastianem Kowalczykiem są ważnymi postaciami Asseco Gdynia. Coraz więcej minut otrzymuje również w barwach Polpharmy Starogard Gdański – Kacper Radwański, który wyrasta na prawdziwego specjalistę od obrony. W tym sezonie nie zabrakło również debiutantów, co bardzo cieszy. Pierwsze szlify na parkiecie TBL zbierają: Mikołaj Witliński (Anwil Włocławek), Kacper Borowski (Energa Czarni Słupsk), Paweł Dzierżak (Trefl Sopot) oraz Przemysław Żołnierewicz (Asseco Gdynia). Więc jak widać sytuacja nie ma się najgorzej, a nawet można powiedzieć, że jak na Polskie warunki wygląda rewelacyjnie, ponieważ w końcu widać perspektywy na przyszłość.
Mikołaj Witliński

Warto zadać sobie pytanie, czy taka postać rzeczy jest zasługą feralnego przepisu o dwóch Polakach na parkiecie? Moim zdaniem, ów przepis nie pomógł, ani nie przeszkodził w rozwoju naszych koszykarzy. Jedyne, co sprawił to, to, że włodarze klubów TBL zmuszeni byli przeszukiwać Polski rynek, by uzupełnić tę lukę. A wcześniej wspomniany Waczyński, Dłoniak, Zamojski oraz Kulig po prostu wykorzystali swoją szansę i udowodnili, że warto stawiać na Polaków. Wielu ekspertów uważa również, że przez to, obniża się poziom naszej ekstraklasy. Może i tak, ale czy nie lepiej, by gwiazdami oraz idolami młodych adeptów koszykówki byli Polacy? Przecież znacznie lepiej można się z nimi identyfikować i utożsamiać, co moim zdaniem znacznie bardziej promuję tą dyscyplinę. Ja osobiście wolę podziwiać zawodników, którzy koszykarsko dorastali w naszym kraju oraz z sezonu na sezon obserwować ich postępy. Jaki jest sens promowania gwiazdy jednego sezonu typu – Donatas Motejunas? Zainwestujmy w nasz rodzimy produkt, którzy również możemy z powodzeniem eksportować. Mateusz Ponitka jest tu idealnym przykładem.



poniedziałek, 2 grudnia 2013

Film: Linsanity


Film dokumentalny pt. „Linsanity” nie jest wyłącznie obowiązkową pozycją dla każdego sympatyka koszykówki. Moim zdaniem jest to ciekawa opcja na jesienno-zimowy wieczór dla każdego, ponieważ większość z nas uwielbia historię – Kopciuszka, a takie początki na parkietach NBA miał Jeremy Lin. Tajwańczyk urodzony i wychowany w USA, to doskonały przykład na to, że niezależnie co by się działo, warto walczyć o własne marzenia.

Nie chciałbym zbytnio zdradzać, co w filmie można zobaczyć, bo to nie o to chodzi. Pomimo, iż znam historię Lina od podszewki, to wiele momentów zawartych w filmie wywarło na mnie duże wrażenie. Szczególnie bardzo dobrze ukazane są początki zawodnika z koszykówką, które momentami były bardzo wzruszające. Najważniejsze jest jednak to, że jest to dokument, w którym nic nie jest podkoloryzowane, ani nie występują w nim żadne przekłamania. Osobiście mnie ten film utwierdził w przekonaniu, że do NBA nie trafiają przypadkowe osoby, a droga do najlepszej ligi na świecie często jest bardzo kręta i wyboista. Mimo, iż obserwowałem początki Lina, kiedy podpisał pierwszy kontrakt z Golden State Warriors, to mnie również zaskoczył tak wielką eksplozją talentu.




O ile jest to wręcz obowiązkowy film dla fanów basketu, to moim zdaniem wywrze on największe wrażenie na ludziach, którzy nie znali, bądź tylko słyszeli o fenomenie – Linsanity. Jest to piękna historia o spełnianiu własnych marzeń. Serdecznie polecam! 


Cały film dostępny jest - tutaj

W obecnym sezonie w barwach Houston Rockets Jeremy Lin notuje średnie na poziomie: 15.3 punktu, 4.5 asysty oraz 2.6 zbiórki.