wtorek, 12 maja 2015

Trefl Sopot na rozdrożu


Szczęśliwy awans do fazy play-off oraz odpadnięcie w trzech meczach ćwierćfinałowych z PGE Turowem Zgorzelec średnią różnicą 23 punktów – tak skończył się zdecydowanie najgorszy sezon za kadencji „nowego” Trefla Sopot. Jakie były tego przyczyny i czy istnieje jeszcze jakaś przyszłość przed ekipą znad morza?

Król Darius już nie taki królewski

Jeszcze do niedawna Darius Maskoliunas bardzo dobrze kojarzył się większości sympatykom koszykówki w Trójmieście. Ponieważ to on był jednym z tych zawodników, którzy budowali potęgę wtedy Prokomu Trefla Sopot. I to on jako ulubieniec trybun miał wprowadzić Trefl Sopot ponownie na sam szczyt. Jednak jako trener nie radził już sobie tak dobrze, jak z rywalami na parkiecie jeszcze kilka lat temu. Co więcej już w swoim pierwszym sezonie był bardzo bliski zwolnienia. Ostatecznie uratował go Adam Waczyński i spółka, którzy w niesamowity sposób wyrwali zwycięstwo Enerdze Czarnym Słupsk w piątym meczu zeszłorocznych ćwierćfinałów play-off. Podbudowany tamtym sukcesem Trefl w kolejnej rundzie napsuł krwi Stelmetowi Zielona Góra, a w serii o brąz zneutralizował Rosę Radom. Oczywiście wywalczenie brązowych krążków spowodowało, że kontrakt z Maskoliunasem automatycznie został przedłużony o kolejny sezon.

Ale po wakacjach do Sopotu powróciła mocno spóźniona i jeszcze bardziej zuchwała wersja Dariusa Maskoliunasa. Ego trenera sopocian po sukcesie klubowym oraz reprezentacyjnym wystrzeliło wręcz w kosmos. A do tego przyczyniała się również spora podwyżka. Wszechwiedzący Maskoliunas zamiast od razu zabrać się do ciężkiej pracy, bardziej skupiał się na podważaniu kolejnych decyzji podwładnych i przełożonych. Narastający konflikt spowodował, że władze Trefla już tylko czekały na chwile, kiedy będzie zasadność zwolnić swojego szkoleniowca. Naturalnie wszyscy wytrwale, by znosili jego trudny charakter, gdyby Trefl wygrywał. Ale bez odpowiedniego przygotowania i nadzoru po prostu nie było to możliwe. Kulminacyjnym momentem był przełom stycznia i lutego, kiedy pięć kolejnych porażek odnieśli podopieczni wtedy jeszcze Dariusa Maskoliunasa. W rezultacie obrażony Litwin pożegnał się z posadą, a jego stanowisko zajął inny dobry znajomy… Mariusz Niedbalski.

Życie po Waczyńskim

Brak lidera - to był największy problem Trefla Sopot w tym sezonie. Wcześniej przez lata z miastem oraz klubem utożsamiał się Filip Dylewicz, który był prawdziwym kapitanem zarówno na parkiecie, jak i poza nim. Schedę po doświadczonym podkoszowym przejął wtedy ledwie 25-letni Adam Waczyński. I trzeba obiektywnie przyznać, że świetnie wywiązał się ze swojej roli. Ale z czasem również dla niego sukcesy Trefla były zbyt małe. A kuszące propozycje zza granicy tylko pobudzały jego sportowe ambicje. I nie ma co mu się dziwić. Lecz jego rychłe odejście spowodowało, że nie miał kto przejąć rządów w Sopocie.


W roli następców stawiani byli: Paweł Leończyk oraz Michał Michalak. Leończyk na parkiecie robił swoje, ale coś w jego postawie brakowało. Szczególnie poza parkietem. Nie był aż tak lubiany jak jego poprzednicy. Nie potrafił poderwać publiczności oraz swoich kolegów z zespołu do walki. Natomiast Michalak nie miał do końca wsparcia w osobie trenera. Potencjał ma ogromny i z pewnością mógłby zastąpić za sezon lub dwa Waczyńskiego. Lecz czy sam będzie chciał? Prawdopodobnie nie, bo jego odejście z klubu wydaje się coraz bardziej możliwe. Tym bardziej, że sam zawodnik jest już zmęczony całą sytuacją w Sopocie i potrzebuje odmiany. Liderem mentalnym niewątpliwie jest Marcin Stefański. Kapitan Trefla jest tym zawodnikiem, z którym utożsamiają się kibice. Ale na parkiecie nie daje już takiej jakości jak jeszcze kilka sezonów temu. I coraz częściej przeszkadza swoim kolegom niż im ułatwia grę.

Coś tam zza granicy…

Jedną z głównych przyczyn słabego sezonu Trefla Sopot były fatalne ruchy kadrowe. Podkoszowy DeShawn Painter miał być tanim i skutecznym rozwiązaniem na problem prawdziwego centra sopocian. O ile w defensywie całkiem przyzwoicie sobie radził, to w ofensywie był zupełnie nieprzydatny. I ostatecznie progi Tauron Basket Ligi okazały się dla niego zbyt wysokie, szybko żegnając się z Trójmiastem. Nad morzem nie poradził sobie również inny Amerykanin. Willie Kemp, to być może jeszcze większe rozczarowanie niż jego rodak. Władze Trefla chciały zaoszczędzić i sprowadzić zawodnika na dwie pozycje. Kempa miał być rozgrywającym i rzucającym obrońcą w jednej osobie. W rezultacie nie okazał się ani jednym, ani drugim i przez większość sezonu był zupełnie bezproduktywny.

Krytyczną sytuację podkoszową miał ratować Litwin – Tautvydas Lydeka. Ale obiektywnie trzeba przyznać, że wszyscy trochę więcej spodziewaliśmy się po zawodniku z tak bogatym CV. 31-letni center miał kilka udanych wstępów, tylko tak naprawdę nigdy nie wybił się ponad pewien poziom. Natomiast nieudany eksperyment z pozyskaniem niemrawego i bezbarwnego Kempa pod koniec sezonu starały się jeszcze naprawić władze Trefla, ściągając doświadczonego Bojana Popovića. Chorwat od samego początku wykazywał się ogromną wiedzą oraz boiskową inteligencją. Momentami na parkiecie pełniąc rolę prawdziwego generała. Jednak w jego grze również czegoś brakowało. Być może odpowiedniego przygotowania motorycznego, bo na pewno nie odpowiednich umiejętności. Ostatecznie jedynym udanym nowym transferem okazał się Eimantas Bendzius. Litwin został najlepszym strzelcem oraz drugim najlepszym zbierającym Trefla. Jednak nie jest to prawdziwy lider zespołu. Świetnie rzuca i jest niesamowitą bronią ofensywną, ale nigdy nie poprowadzi zespołu do znaczących sukcesów. Mimo to ma największe szanse na grę w Treflu Sopot w przyszłym sezonie.


Młodzież! Jaka młodzież?!

Przed, w jego trakcie, a nawet po sezonie władze Trefla podkreślały, że jednym z ich głównych celów klubu jest szkolenie młodzieży oraz systematyczne wprowadzanie jej do pierwszego składu. Jednak z tych obietnic i założeń tak naprawdę nic nie wychodzi. Ten sezon w końcu miał należeć do młodych zawodników Trefl. Przy ograniczonym budżecie, to właśnie oni mieli dostarczać istotne wsparcie z ławki swoim bardziej doświadczonym kolegom. Efekt? Żaden z nich tak naprawdę nie dostał prawdziwej szansy. Na młodzież trzeba stawiać systematycznie. W każdym meczu dawać im minuty, a efekty przyjadą same. Niestety, ale kolejny raz w Treflu zabrakło cierpliwości. Po kilku słabszych występach wychowanków, po prostu z nich zrezygnowano. Najlepszym na to dowodem są statystyki. Grzegorz Kulka spędzał na parkiecie średnio 8:10 minut, Paweł Dzierżak średnio 5:35 minuty, natomiast Artur Włodarczyk średnio 5:20 minuty. Łącznie rozegrali oni 59 spotkań zdobywając 60 punktów. Dla porównania największa nadzieja ich rywali zza miedzy Asseco Gdynia – Przemysław Żołnierewicz rozegrał wszystkie 33 spotkania zdobywając łącznie 144 punkty, spędzając na parkiecie średnio 13:31 minuty.


Jeśli według władz Trefla to jest wprowadzanie młodzieży do pierwszego składu, to chyba wszystkim nam się mylą pojęcia…

Tym bardziej, że wszyscy trzej Panowie wcale nie odstają talentem od Przemka Żołnierewicza, co udowodniły m.in. ostatnie mistrzostwa Polski do lat 20, w których triumfował właśnie Trefl Sopot. W samym finale pokonali oni właśnie Asseco Gdynia prowadzone przez Żołnierewicza. MVP turnieju został Grzegorz Kulka, a do pierwszej piątki trafił Artur Włodarczyk. Po za tym Trefl Sopot od lat uchodzi za czołówkę w naszym kraju jeśli chodzi o szkolenie młodzieży. A mimo to, tak trudno jest im się przebić do składu pierwszego zespołu. W tym aspekcie zdecydowanie musi nastąpić zmiana, ponieważ klub z Sopotu po prostu nie może sobie pozwolić na takie marnotrawstwo. W innym wypadku Kulka, Dzierżak, Włodarczyk i reszta uciekną z Trójmiasta jak niespełna rok temu David Brembly w poszukiwaniu szansy gry. A Trefl z ich wyszkolenia nie będzie miał nic.

Niepewna i skomplikowana przyszłość

Pomimo awansu do fazy play-off był to bardzo słaby sezon Trefla Sopot. Pod względem sportowym zrealizowali cel minimum, ale nie ma co ukrywać w Sopocie mają znacznie większe ambicje. Jednak wydaje się, że Trefl doszedł do takiego punktu, w który trzeba podjąć ostre, drastyczne, kroki w kierunku odbudowy klubu. Pierwszym bardzo istotnym aspektem są finanse. Nie jest wielką tajemnicą, że w Sopocie wciąż mają spore problemy z płynnością finansową. Zawodnicy dostają wynagrodzenie w transzach, a nie miesięcznie. Taka sytuacja sprawia, że bardzo trudno namówić do gry zawodników z polskim paszportem. Słaba gra zniechęciła także sporą część kibiców. Trefl w tym sezonie bardzo ciężko się oglądało. Ich mecze to była prawdziwa katorga nawet dla najbardziej zagorzałych fanów koszykówki. Natomiast z problemów koszykarzy świetnie skorzystał ich młodszy brat i siostra. Na siatkarskich spotkaniach Lotosu Trefla Gdańsk oraz Atomu Trefla Sopot Ergo Arena pęka w szwach. Tymczasem na Trefl zaczyna przychodzić już tylko garstka kibiców. Władze Trefla muszą się zastanowić w jakim kierunku tak naprawdę chcą podążać. Budować zespół z maksymalnym wykorzystaniem budżetu, czy zrobić krok w tył, ale cenne pieniądze zainwestować w młodzież. Oba rozwiązania są ryzykowne. Ponieważ obecny budżet Trefla i tak już mocno odstaje od czołówki Tauron Basket Ligi i każda nietrafiona decyzja kadrowa może mieć fatalne skutki. Bo w kilka tygodni bardzo trudno zbudować zespół na miarę medalu. Natomiast szersze postawienie na młodzież może wiązać się z opuszczeniem fazy play-off. Ale za to za sezon, dwa może okazać się, że Trefl ma kilku naprawdę niezłych wychowanków i godnych następców Dylewicza czy Waczyńskiego. Wszystkie te decyzje będzie już podejmował nowy prezes, który zastąpi na stanowisku Andrzeja Dolnego. Jaki kierunek obierze? Czas pokaże... 





Zobacz także:

Nie będę tęsknił Moska!


foto: plk.pl, trojmiasto.pl, treflsopot.pl




poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nagrody za sezon zasadniczy TBL 2014/15

MVP

  1. Qyntel Woods (AZS Koszalin)
  2. Damian Kulig (PGE Turów Zgorzelec)
  3. Kwamain Mitchell (Polfarmex Kutno)
W tym roku miałem mały problem ze wskazaniem MVP sezonu zasadniczego. Ale po dłuższym zastanowieniu postanowiłem postawić na Qyntela Woods. Ponieważ moim zdaniem na przestrzeni całego sezonu miał on największy wpływ na grę oraz wyniki swojego zespołu. Dodatkowo jest on drugim najlepszym strzelcem całej ligi (średnio 19.7 punktu) oraz całkiem niezłym zbierającym (średnio 7.0 zbiórki). Natomiast z nim na parkiecie Akademicy momentami byli drużyną nie do zatrzymania. Zaś najlepszy wynik klubu w historii w sezonie zasadniczym jest główną zasługą właśnie Amerykanina. W tej kategorii na wyróżnienie zasłużył również Damian Kulig, który jest podkoszowym liderem pierwszej siły Tauron Basket Ligi – PGE Turowa Zgorzelec oraz objawienie naszej ligi, czyli wszędobylski rozgrywający beniaminka – Kwamain Mitchell.

MIP

  1. Karol Gruszecki (Energa Czarni Słupsk)
  2. Michał Michalak (Trefl Sopot)
  3. Filip Matczak (Asseco Gdynia)
W tej kategorii innego zwycięzcy jak Karol Gruszecki po prostu nie mogło być. Obwodowy Czarnych Słupsk w ostatnim roku poczynił olbrzymi postęp. Z solidnego rezerwowego wyrósł na gwiazdę nie tylko Czarnych, ale i całej ligi. W obecnym sezonie notuje on statystyki na poziomie: 15.3 punktu, 5.3 zbiórki oraz 1.5 asysty. Bardzo cieszy również systematyczny postęp naszych srebrnych medalistów z Hamburga. Michał Michalak w Treflu przejął schedę lidera po Adamie Waczyńskim. Natomiast w Gdyni na dobre zadomowił się Filip Matczak.

Najlepszy Obrońca

  1. Ovidijus Galdikas (Asseco Gdynia)
  2. Quinton Hosley (Stelmet Zielona Góra)
  3. Kevin Johnson (Polfarmex Kutno)
W moim prywatnym rankingu Litewski Gigant jest zdecydowanie najlepszym obrońcą naszej ligi i dlatego ta nagroda właśnie wędruje do niego. Galdikas to najlepszy obrońca strefy podkoszowej, który notuje średnio blisko 2.8 bloku oraz 10.5 zbiórki. Natomiast w zespołowej grze defensywnej bije na głowę drugiego Quintona Hosley'a. Amerykanin świetnie sprawdza się w roli stopera dla najlepszego zawodnika rywala, ale bardzo często zapomina, że w defensywie również trzeba sobie nawzajem pomagać i nie skupiać się tylko i wyłącznie na swoim zawodniku.

Najlepszy Rezerwowy

  1. Damian Kulig (PGE Turów Zgorzelec)
  2. Roderick Trice (Śląsk Wrocław)
  3. Drago Pasalić (Energa Czarni Słupsk)
Damian Kulig po takim sezonie bez nagrody indywidualnej? Niemożliwe. Nagrodą pocieszenia dla centra PGE Turowa Zgorzelec jest tytuł najlepszego rezerwowego, na który z pewnością zasłużył. Pomimo utraty statusu gracza startowego minimalnie swoje statystyki polepszył również Roderick Trice, który stał się kluczowym zmiennikiem w swoim nowym zespole. Zaś idealnie w roli ważnego rezerwowego Czarnych odnalazł się Drago Pasalić.

Najlepszy Trener

  1. Saso Filipovski (Stelmet Zielona Góra)
  2. Emil Rajković (Śląsk Wrocław)
  3. David Dedek (Asseco Gdynia)
Wielu może krytykować Saso Filipovskiego, że oddał pierwsze miejsce w tabeli Tauron Basket Ligi tuż przed fazą play-off. Ale jedno trzeba oddać Słoweńcowi – to właśnie on sprawił, że Stelmet znowu zaczął grać koszykówkę atrakcyjną dla oka. W ekspresowym czasie spowodował, że ekipa z Zielonej Góry ponownie była groźnym rywalem dla każdego przeciwnika. Natomiast z hali CRS stworzył twierdze nie od zdobycia. Na przestrzeni całego sezonu znakomitą robotę wykonał we Wrocławiu także Emil Rajković, który ze Śląska zrobił jednego z kandydatów do medalu. Rewelacyjnie z zadania mu powierzonego wywiązał się również David Dedek, który gdynianom już na dwie kolejki przed końcem sezonu zasadniczego zapewnił udział w fazie play-off.

Najlepszy Debiutant

  1. Przemysław Szymański (MKS Dąbrowa Górnicza)
  2. Kevin Wysocki (Jezioro Tarnobrzeg)
  3. Piotr Śmigielski (Wikana Start Lublin)
Tylko w naszej lidze najlepszym debiutantem okrzyknięty może zostać 30-letni zawodnik. Oczywiście złośliwie nie wypominam wieku skrzydłowemu MKS-u. Ale w pewnym sensie jest to dość niepokojący znak. Jednak z drugiej strony trzeba przyznać, że Szymański w pełni zasłużył na to wyróżnienie i pomimo 30 wiosen na jego koncie czekam na więcej w nowym sezonie. Mimo wielu negatywnych opinii całkiem nieźle w swoim debiutanckim sezonie radził sobie również Kevin Wysocki, który do naszej ligi przyszedł z... czwartej ligi niemieckiej. Natomiast w końcu na parkietach TBL zadebiutował Piotr Śmigielski, który udowodnił, że całkiem przyzwoicie radzi sobie na tym poziomie.


Pierwsza Piątka:

PG – Kwamain Mitchell (Polfarmex Kutno)
SG – Karol Gruszecki (Energa Czarni Słupsk)
SF – Qyntel Woods (AZS Koszalin)
PF – Damian Kulig (PGE Turów Zgorzelec)
C – Ovidijus Galdikas (Asseco Gdynia)

Druga Piątka:

PG – Byron Allen (Wikana Start Lublin)
SG – Michał Chyliński (PGE Turów Zgorzelec)
SF – Quinton Hosley (Stelmet Zielona Góra)
PF – Aaron Cel (Stelmet Zielona Góra)
C – Aleksander Mladenović (Śląsk Wrocław)

Największe zaskoczenia sezonu:

PG – Kyle Shiloh (Energa Czarni Słupsk)
SG – Denis Ikovlev (Śląsk Wrocław)
SF – Jarosław Zyskowski (Polski Cukier Toruń)
PF – Patrik Auda (Polfarmex Kutno)
C – Evan Ravenel (Polpharma Starogard Gdański)



piątek, 17 kwietnia 2015

Magiczna dywizja, czyli zakładnicy NBA


Wielu uważa, że system podziału drużyn na dywizje w NBA jest przestarzały i po prostu w obecnych czasach przestał mieć najmniejszy sens. I trudno się z tym nie zgodzić.

W NBA wciąż funkcjonuje podział na Konferencje, odpowiednio Wschodnią oraz Zachodnią. Każda Konferencja jest podzielona na trzy dywizje, w której znajduje się pięć zespołów. I tak jak w sporcie to bywa jedni są lepsi a drudzy gorsi. Ale jest jedna dywizja, która w ostatnich latach jest niezwykle silna. O jakiej mowa? Oczywiście dywizji Southwest w Konferencji Zachodniej. I to na jej przykładzie najlepiej można zauważyć jak przestarzały jest system rozgrywek w NBA.

San Antonio Spurs, Houston Rockets, Dallas Mavericks, Memphis Grizzlies oraz New Orleans Pelicans - to zespoły, które mają przyjemność rywalizować w dywizji Soutwest. Region Soutwest to przede wszystkim wielkie kluby stanu Teksas. San Antonio Spurs to pięciokrotni mistrzowie NBA oraz aktualni obrońcy tytułu. Houston Rockets to byli dwukrotni mistrzowie NBA oraz tegoroczni zwycięzcy tej silnej dywizji. Natomiast Dallas Mavericks to najbardziej nieobliczalny zespół tegorocznych Playoffs. Wiąż silni, ale sklasyfikowani dopiero na siódmym miejscu na zachodzie. Zaś całą stawkę uzupełnia duma stanu Tennessee – Memphis Grizzlies oraz New Orleans Pelicans znad wielkiej wody.

Na tle innych dywizji wypadają oni wręcz fenomenalnie. Np. w równie silnie obsadzonej dywizji Nortwest do fazy Playoffs awansował ledwie jeden przedstawiciel – Portland Trail Blazers, którzy notabene mają dużo słabszy bilans (51-31) niż Memphis Grizzlies czy San Antonio Spurs. Ten przykład najlepiej pokazuje, że drużyny z dywizji Southwest - i nie tylko - są pewnego rodzaju zakładnikami obecnego ustroju NBA. Ponieważ pomimo lepszego bilansu (55-27) Grizzlies oraz Spurs są niżej notowane niż mistrz dywizji Northwest – Trail Blazers. A czy to ich wina, że znajdują się w takiej części geograficznej Stanów Zjednoczonych? Raczej nie...

Podział na dywizje miał jeszcze znaczenie dekadę lub dwie temu, ale teraz gdy istnieją loty czarterowe i w kilka godzin można przemieścić się z zachodu na wschód i odwrotnie, to przestaje mieć jakikolwiek sens.

Podobnie jest również z podziałem na Konferencje. Od co najmniej dwóch sezonów dużo silniejsza jest Konferencja Zachodnia, która bije na głowę przedstawicieli ze wschodu. Gdyby zlikwidować Konferencje i wprowadzić system, w którym faktycznie o tytuł walczyły 16 najlepszych obecnie zespołów w NBA, to mistrz Southwest – Houston Rockets byłby trzecią siłą całej ligi! Natomiast ekipy Memphis Grizzlies oraz San Antonio Spurs w pierwszej rundzie posiadałyby atut własnego parkietu.

Przykład silnie obsadzonej dywizji Southwest chyba najlepiej obrazuje to, że obecny system rozgrywek NBA jest przestarzały i przestał się sprawdzać. Najwidoczniej w świecie jest niesprawiedliwy, a to aspekt w sporcie wręcz niedopuszczalny. Komisarza Adam Silver i jego współpracownicy powinni jak najszybciej zająć się tą sprawą. Ponieważ zaczyna zdarzać się to nagminnie, że zespół z lepszym - a co najważniejsze - dodatnim bilansem kończy sezon na 82 meczach lub w pierwszej rundzie Playoffs trafia na teoretycznie silniejszego przeciwnika.

Podział par w Konferencji Zachodniej nie uwzględniając dywizji:
(1) Golden State Warriors – (8) New Orleans Pelicans
(2) Houston Rockets – (7) Dallas Mavericks
(3) Los Angeles Clippers – (6) Portland Trail Blazers
(4) Memphis Grizzlies – (5) San Antonio Spurs

Podział par bez podziału na Konferencje:
(1) Golden State Warriors – (16) Boston Celtics
(2) Atlanta Hawks – (15) Milwaukee Bucks
(3) Houston Rockets – (14) Oklahoma City Thunder
(4) Los Angeles Clippers – (13) New Orleans Pelicans
(5) Memphis Grizzlies – (12) Washington Wizards
(6) San Antonio Spurs – (11) Toronto Raptors
(7) Cleveland Cavaliers – (10) Chicago Bulls
(8) Portland Trail Blazers – (9) Dallas Mavericks

czwartek, 16 kwietnia 2015

Nagrody za sezon zasadniczy NBA 2014/15

MVP


  1. Stephen Curry (Golden State Warriors)
  2. James Harden (Houston Rockets)
  3. Russell Westbrook (Oklahoma City Thunder)

W tym roku wyścig po nagrodę MVP sezonu zasadniczego był wyjątkowo imponujący. Ale jak dla mnie zwycięzca może być tylko jeden. Oczywiście Russell Westbrook zagrał sezon życia i został najlepszym punktującym NBA. Lebron James zrobił z Cleveland Cavaliers prawdziwy zespół. Zaś Jamesa Hardena w takiej formie po prostu nie da się nie lubić. Jednak moim zdaniem największy wpływ na sukces swojego zespołu miał Stephen Curry, bez którego Golden State Warriors nie zostaliby pierwszą siłą NBA oraz głównym faworytem do upragnionego tytułu. Dlatego też ta najcenniejsza nagroda wędruje do gwiazdora Wojowników.

MIP


  1. Jimmy Butler (Chicago Bulls)
  2. Anthony Davis (New Orleans Pelicans)
  3. Nikola Vucević (Orlando Magic)

Jimmy Butler przez większość sezonu był nawet głównym kandydatem do nagrody MVP. Ale ostatecznie kontuzja brutalnie wyrzuciła go z wyścigu o najcenniejszą nagrodę indywidualną. Mimo to warto zauważyć jak olbrzymi progres zanotował w obecnych rozgrywkach. Z solidnego strzelca i specjalisty od defensywy przeistoczył się w cichego lidera Bulls. Olbrzymi postęp zaliczyli także podkoszowi: Anthony Davis oraz Nikola Vucević. Davis stał się prawdziwą gwiazdą całej ligi. Natomiast Vucević wyrósł na czołowego centra NBA.

Sixth Man of the Year


  1. Isaiah Thomas (Boston Celtics)
  2. Jamal Crawford (Los Angeles Clippers)
  3. Louis Williams (Toronto Raptors)

W tym wypadku innego zwycięzcy jak Isaiah Thomas nie mogło być. Filigranowy i niezwykle charyzmatyczny rezerwowy po przyjściu do Celtics zupełnie odmienił obliczę swojego zespołu. Ostatecznie wprowadzając ich do upragnionej fazy Playoffs.

Defensive Player of the Year


  1. DeAndre Jordan (Los Angeles Clippers)
  2. Kawhi Leonard (San Antonio Spurs)
  3. Rudy Gobert (Utah Jazz)

Faworytami większość w tej kategorii są gracze Warriors: Andrew Bogut i Draymond Green oraz zeszłoroczny MVP finałów – Kawhi Leonard. Jednak ja postawię na najbardziej niedocenianego zawodnika w tym aspekcie w całej lidze, czyli centra Clippers – DeAndre Jordana. Środkowy ekipy ze słonecznego L.A. w obecnym sezonie notuje średnie statystyczne na poziomie 11.0 punktu, 15.0 zbiórki oraz 2.2 bloku na meczu. Tym samym jest pierwszym zbierającym oraz czwartym blokującym całej ligi. I mimo to ma bardzo małe szanse na nagrodę najlepszego obrońcy ligi...

Rookie of the Year


  1. Andrew Wiggins (Minnesota Timberwolvers)
  2. Nikola Mirotić (Chicago Bulls)
  3. Efird Payton (Orlando Magic)

Po kontuzji Jabari Parkera z Bucks faworyt do nagrody najlepszego debiutanta jest tylko jeden. I jest nim nie kto inny jak Andrew Wiggins. Kanadyjczyk błyskawicznie przestawił się z warunków NCAA na warunki NBA, notując w pierwszym sezonie statystyki na poziomie 16.9 punktu, 4.6 zbiórki oraz 2.1 asysty. Ogromne brawa należą się także takim zawodnikom jak: Nikola Mirotić z Bulls czy Elfird Payton z Magic.

Coach of the Year


  1. Mike Budenholzer (Atlanta Hawks)
  2. Steve Kerr (Golden State Warriors)
  3. Jason Kidd (Milwaukee Bucks)

Bardzo sobie cenie warsztat i to co osiągnął w tym sezonie Steve Kerr z Golden State Warriors. Ale dla mnie zdecydowanym zwycięzcą jest Mike Budenholzer, który z zakompleksionych Hawks zrobił zespół na miarę mistrzostwa NBA. Atlanta Hawks to ulepszona, nowocześniejsza wersja 2.0 San Antonio Spurs, która zaskoczy jeszcze nie jednego kibica najlepszej ligi na świecie. Po fatalnym początku na ławce trenerskiej, w końcu swoje miejsce w lidze znalazł także Jason Kidd. Były wybitny rozgrywający z najgorszego zespołu ligi (15-67) wyprowadził Bucks na zero (41-41). Aż strach pomyśleć co by było gdyby kontuzji na początku rozgrywek nie doznał Jabari Parker.


First NBA Team:

PG – Stephen Curry (Golden State Warriors)
SG – Russell Westbrook (Oklahoma City Thunder)
SF – James Harden (Houston Rockets)
PF – Lebron James (Cleveland Cavaliers)
C – Anthony Davis (New Orleans Pelicans)

First Defensive NBA Team:

PG – Chris Paul (Los Angeles Clippers)
SG – Jimmy Butler (Chicago Bulls)
SF – Kawhi Leonard (San Antonio Spurs)
PF – Draymond Green (Golden State Warriors)
C – DeAndre Jordan (Los Angeles Clippers)

First Rookie NBA Team:

PG – Elfird Payton (Orlando Magic)
SG – Jordan Clarkson (Los Angeles Lakers)
SF – Andrew Wiggins (Minnesota Timberwolvers)
PF – Nikola Mirotić (Chicago Bulls)

C – Nerlens Noel (Philadelphia 76ers)  


sobota, 11 kwietnia 2015

Mardy "Główka" Collins


Do skandalicznego wydarzenia doszło wczoraj tuż po meczu Asseco Gdynia z PGE Turowem Zgorzelec, a anty bohaterem całego zajścia został gwiazdor mistrzów Polski – Mardy Collins.

Amerykanin od samego początku spotkania nie napawał optymizmem na rywalizację z teoretycznie słabszym przeciwnikiem. Przez większość czasu snuł się po parkiecie dyskutując z sędziami oraz szukając zaczepki. Aż w końcu natrafił na godnego przeciwnika. Przemysław Frasunkiewicz to stary boiskowy wyjadacz, który nie daje sobie w „kaszę dmuchać”. Obaj panowie przez większość meczu wymieniali się wzajemnymi kuksańcami oraz słownymi „komplementami”. Ale ostatecznie z potyczki zwycięski wyszedł popularny Franz, co wyraźnie rozwścieczyło lidera Turowa. Amerykanin zamiast zachować się fair play i po meczu po prostu podziękować lepszemu przeciwnikowi, ponownie wdarł się w utarczki słowne z Frasunkiewiczem. W rezultacie uderzając skrzydłowego Asseco w głowę, który padł na parkiet jak rażony piorunem. Tym samym w skandaliczny sposób Collins podsumował swój fatalny występ przeciwko gdynianom – 1/6 z gry, sześć strat, pięć fauli w niecałe 18 minut.

Całego zajścia nie zauważyli sędziowie, komisarz, ani obaj trenerzy. A jedynym dowodem jest zapis wideo z meczu, na którym jednak doskonale widać całe zdarzenie. Trener Turowa Zgorzelec – Miodrag Rajković na pomeczowej konferencji odmówił komentarza, tłumacząc się tym, że po prostu nie widział całej sytuacji. Ale tuż po konferencji wraz z dziennikarzami miał okazje obejrzeć zapis wideo.


W najbliższych dniach całe zajście powinna przeanalizować komisja dyscyplinarna Polskiego Związku Koszykówki, która ostatecznie zadecyduje jaką karę nałożyć na Mardy Collinsa. W przeszłości za podobne przewinienie karany był m.in. Milan Gurović. Serb w rezultacie został odsunięciem na jedno spotkanie oraz ukarany karą finansową w wysokości 20 tysięcy złotych.  


Zapis wideo całego zdarzenia - KLIK   

piątek, 27 marca 2015

Poznaj rywali Karnowskiego

W nocy z piątku na sobotę rywalizacje w fazie Sweet 16 March Madness NCAA rozpocznie drużyna Gonzaga Bulldogs, której barw broni Przemysław Karnowski. A ich rywalem będzie renomowana i utytułowana uczelnia UCLA. Więc warto przy tej okazji zapoznać się z bogatą historią oraz składem przyszłych przeciwników naszego rodaka.


UCLA – University of California, czyli po prostu Uniwersytet Kalifornijski powstał w 1919 roku. Ulokowany jest w północnej dzielnicy Westwood w Los Angeles. I od zawsze słynie ze wzorowego szkolenia młodzieży również pod względem sportowym. Jeśli chodzi o koszykówkę, to z pewnością Bruins należą do ścisłej czołówki. Oczywiście w ostatnich latach dużo głośniej w światku koszykarskim było o sukcesach takich uczelni jak: Duke, Kentucky Wildcats, UConn Huskies czy Kansas Jayhawks. Ale pod względem szkolenia przyszłych gwiazd NBA UCLA wcale im nie ustępuje. W swojej bogatej historii na parkiety najlepszej ligi na świecie wysłali aż 85 zawodników. W porównaniu do ich najbliższych rywali, to wręcz fenomenalny wynik. Ponieważ ledwie 12 absolwentów Gonzaga Bulldogs miało okazje zadebiutować w NBA. W przeszłości barw uczelni ze słonecznego Los Angeles bronili m.in. Gail Goodrich, Kareem Abdul-Jabbar, Reggie Miller, Kevin Love, Jrue Holiday, Russell Westbrook czy świeżo upieczony król wsadów – Zach LaVine.

Na co dzień UCLA występuje w konferencji zwanej Pac-12. W obecnym sezonie z bilansem 22-13 uplasowali się na czwartym miejscu. March Madness rozpoczęli od drugiej rundy i pojedynku z SMU. Odnosząc niezwykle szczęśliwe zwycięstwo 60:59, po fatalnym błędzie technicznym rywali. A do wygranej Bruins poprowadził Bryce Alford, który zdobył 27 punktów przy rewelacyjnej skuteczności zza łuku – 9/11.



W kolejnej rundzie przyszło im się mierzyć z drużyną UAB. Po dość jednostronnym widowisku ostatecznie zwycięstwo 92:75 i awans zapewniła sobie ekipa z L.A. Natomiast fenomenalne spotkanie tego dnia w ich barwach rozegrał Tony Parker, który uzbierał na swoim koncie 28 punktów, 12 zbiórek i trzy bloki. 22 „oczka” dołożył także bohater wcześniejszego sukcesu Alford.

Mimo świetnych osiągnięć indywidualnych Alforda czy Parkera największą zaletą UCLA jest ich zespołowość oraz wyrównana pierwsza piątka, która prezentuje się tak:

PG – #20 Bryce Alford (Sophomore, rocznik: 1995)

Rzucający obrońca w ciele rozgrywającego – tak najlepiej można go scharakteryzować. Świetnie rzuca za trzy punkty, o czym najlepiej świadczy popis w meczu w drugiej rundzie March Madness. Momentami ma problemy z kreowaniem czystych pozycji swoim partnerom, ale za to oni kreują go perfekcyjnie. Bardzo dobrze potrafi skorzystać z jednej lub dwóch zasłon i trafić z czystej pozycji. Nieźle radzi sobie również w grze na koźle, chociaż jest to typowy strzelec. Jego największą wadą są warunki fizyczne, które raczej przekreślają karierę w NBA. Za niski na rzucającego obrońce, za wolny i za słaby w obronie na rozgrywającego. Mimo to, jest zdecydowanym liderem mentalnym Bruins i przedłużeniem myśli szkoleniowej trenera oraz jego ojca Steve’a Alforda.

Statystyki: 15.6 punktu, 3.2 zbiórki, 4.9 asysty.

SG – #4 Norman Powell (Senior, rocznik: 1993)

Wszędobylski obwodowy, który dysponuje dobrym rzutem zarówno z półdystansu, jak i dystansu. Niezwykle aktywny pod oboma koszami, co sprawia, że jest bardzo trudny do upilnowania. Bardzo dobry obrońca w grze jeden na jeden. W ataku bazuje głównie na swojej szybkości oraz rzucie. Potrafi rzucić celnie zza łuku, zakończyć akcje efektownym wsadem czy popisać się dokładnym podaniem do wysokiego zawodnika. Bardzo często również odciąża z obowiązków rozgrywającego Alforda. W przyszłości może stać się zawodnikiem w typie Randy Foye’a i spróbować swoich sił w NBA. Ale raczej na pewno nie zostanie wielką gwiazdą najlepszej ligi na świecie. Mimo to, Powell to niezwykle groźna bron ofensywna i defensywna Bruins.

Statystyki: 16.4 punktu, 4.7 zbiórki, 2.1 asysty.

SG/SF – #10 Isaac Hamilton (Sophomore, rocznik: 1994)

Atletyczny obwodowy, który w zespole UCLA robi po prostu wszystko. Rozgrywa, rzuca, zbiera, asystuje czy broni najlepszych strzelców rywala. Człowiek od czarnej roboty w tali Alforda. Zawodnik, który potrafi poświęcić swoje indywidualne osiągnięcia dla dobra zespołu. Fizycznie wygląda na rzucającego obrońcę, ale tak naprawdę nie wiadomo do jakiej pozycji go przypisać. Ponieważ nie jest on typem strzelca. Bliżej mu do klasycznego obwodowego defensora, w typie Tabo Sefoloshy. Ale jego warunki fizyczne oraz mały wachlarz zagrań ofensywnych prawdopodobnie przekreślają karierę na parkietach NBA.

Statystyki: 10.6 punktu, 3.3 zbiórki, 3.2 asysty.

PF – #23 Tony Parker (Junior, rocznik: 1993)

Główna siła ofensywna UCLA pod koszem. W ostatnim pojedynku z UAB był wręcz nie do zatrzymania. Zdecydowanie najsilniejszy gracz w kadrze Bruins. Słabsze warunki fizyczne nadrabia ogromnym zaangażowaniem, nieustępliwością oraz agresją pod oboma koszami. Znakomity w grze tyłem do kosza – co z pewnością jest jego głównym atutem. Trochę gorzej radzi sobie na półdystansie i dystansie. Ale w swojej grze koncentruje się głównie na walce w strefie podkoszowej i bardzo rzadko ucieka do rozwiązań dalej od kosza. W defensywie ma często spore problemy z dużo bardziej wszechstronnymi i mobilnymi silnymi skrzydłowymi. Mimo świetnych statystyk, na boisku wygląda trochę topornie. Bardziej przypomina centra niż silnego skrzydłowego. Jednak jest zdecydowanie za niski oraz za wolny, by móc myśleć o karierze w NBA. Przypomina słabszą atletycznie wersje DeJuana Blaira.

Statystyki: 11.4 punktu, 6.6 zbiórki, 0.4 asysty.

C – #5 Kevin Looney (Freshman, rocznik: 1996)

Bardzo nowoczesny podkoszowy, którego głównym atutem są niesamowite warunki fizyczne. Nienaturalnie długie ramiona oraz silne nogi, sprawiają, że jest materiałem na całkiem niezłego podkoszowego. Jednak w zespole UCLA występuje głównie na pozycji centra, na której średnio się odnajduje. Z pewnością dużo lepiej odnalazłby się w roli silnego skrzydłowego w parze z klasycznym centrem. Świetnie biega do ataku i potrafi skutecznie zaatakować ofensywną tablicę. Nie ma imponującego repertuaru zagrań ofensywnych i wciąż ma problemy z wykończeniem akcji w ataku. Ale pod bronionym koszem jest iście zabójczą bronią, której UCLA zazdrości cała NCAA. Długie ręce oraz niecodzienna mobilność sprawiają, że potrafi sprawnie zatrzymać praktycznie każdego rywala. Jego świetne warunki fizyczne powodują także ogromne zainteresowanie ze strony skautów NBA. Już teraz jest prognozowany na top 10 tegorocznego draftu.

Statystyki: 11.6 punktu, 9.2 zbiórki, 1.4 asysty.

Trener: Steve Alford

50-letni szkoleniowiec, który karierę trenerską rozpoczął w zespole Manchester w trzeciej dywizji NCAA, by po czterech latach przenieś się do Southwest Missouri State. Następnie były uczelnie Iowa oraz New Mexico. Zaś drużynę UCLA prowadzi od 2013 roku.


środa, 25 marca 2015

W pogoni za MVP



Russell Westbrook (Oklahoma City Thunder)

Rok temu duet Kevin Durant – Russell Westbrook był porównywany do jednego z największych duetów w historii NBA. Michaelem Jordanem oczywiście był Durant, zaś Scottem Pippenem Westbrook. Jednak kontuzje dość brutalnie rozdzieliły tą parę. Natomiast bez swojego Batmana, Robin (Westbrook) z tygodnia na tydzień czuje się coraz lepiej. Tęsknotę skutecznie wyładowując na kolejnych rywalach. Russ tak imponuje formą, że media w Stanach Zjednoczonych zaczęły się nawet zastanawiać, czy OKC nie powinni wytransferować zeszłorocznego MVP sezonu zasadniczego.


Westbook aktualnie jest najlepszym strzelcem ligi ze średnią 27.5 punktu na mecz oraz czwartym asystującym - 8.7 asysty. Spędzając na parkiecie średnio ledwie 33.7 minut. Jego najlepszy wynik punktowy w tym sezonie to aż 49 „oczek”, które zaaplikował Philadelphii 76ers. Jednakże rozgrywający Thunder najbardziej zadziwia niezwykłą wszechstronnością. Odnotowując aż 10 spotkań z triple-double (najlepszy indywidualny wynik sezonu) oraz 23 z double-double.

Nie ma co. Rozhulał nam się ten Robin pod nieobecność Batmana. Jednak trzeba przyznać, że Batman dużo lepiej prowadził zespół do zwycięstw. Ponieważ Thunder wciąż nie są pewni udziału w Playoffs i nadal lawirują pomiędzy ósmą a dziesiątą pozycją. Mimo, to Westbrook jest jednym z głównych kandydatów do nagrody MVP. I gdyby tego dokonał, co to byłaby za historia! Rok temu Durant, a teraz Westbrook. Thunder mieliby patent na nagrodę MVP.

Statystyki: 27.5 punktu, 8.7 asysty, 7.7 zbiórki.



Lebron James (Cleveland Cavaliers)

Standardowo jak co rok jednym z głównych faworytów do najcenniejszej indywidualnej nagrody jest Lebron James. Mimo przenosin ze słonecznej Florydy do kapryśnego stanu Ohio, King James nie stracił swojego blasku. W rodzinnych stronach wciąż prezentuje się jak stary dobry James.


Aktualnie jest on trzecim najlepszym strzelcem ligi ze średnią 25.9 punktu na mecz. Do swojego dorobku dokłada również 7.4 asysty oraz 5.7 zbiórki, średnio spędzając na parkiecie 36.2 minuty. Odnotowując aż 17 spotkań z double-double. Za to jego najlepszy strzelecki występ to 42 punkty rzucone najlepszej drużynie NBA, czyli Golden State Warriors. Z kolejnymi upływającymi sezonami z łatwością można dostrzec jak sportowo dojrzewa James. Już nie jest tym samym samolubem, dla którego bardziej liczyły się zdobyte punkty niż zwycięstwo zespołu. Teraz jest wstanie poświęcić się dla dobra drużyny. Najlepiej o tym świadczy znakomita dyspozycja w tym sezonie Kyrie Irvinga, który rozkwitł pod panowaniem Króla Jamesa. Lebron imponuje również świetną selekcją rzutów – 49% z gry – oraz szerokokątnym czytaniem gry. Nie ulega wątpliwości, że to głównie za jego sprawą Cavs wykaraskali się z szarego końca Konferencji Wschodniej, na aktualnie drugie miejsce. Ustępując tylko rewelacyjnej Atlancie Hawks.

Statystyki: 25.9 punktu, 7.1 asysty, 5.8 zbiórki.



James Harden (Houston Rockets)

Po przenosinach do Houston kariera Hardena nabrała takiego rozpędu, że z roli najlepszego rezerwowego wyrósł na głównego kandydata do nagrody MVP. Popularny „Broda” notuje wręcz fenomenalny sezon. Będąc drugim najlepszym strzelcem ligi ze średnią 27.2 punktu na mecz przy skuteczności z gry 44%. 25-latek mimo kolejnych strzeleckich popisów, jest również całkiem niezłym podającym, w każdym spotkaniu zaliczając średnio 7.0 asysty. Co więcej jego statystyczne osiągnięcia są o tyle niesamowite, że osiąga je pod nieobecność Dwighta Howarda. Natomiast Rockets pewnie prowadzi do fazy Playoffs, co w silnej dywizji Southwest oraz konferencji Zachodniej nie jest wcale takie łatwe.


Najlepszy jego indywidualny wynik w obecnych rozgrywkach to aż 50 punktów, które całkiem niedawno rzucił Denver Nuggets. Jak na typowego strzelca notuje on stosunkowo często również double-double, bo aż 17 razy w tym sezonie.

Ale co tak naprawdę przemawia za Hardenem? Mimo silnego składu Rockets, jest ich zdecydowanym liderem. Nigdy wcześniej nie grał tak dobrze. W ostatnich latach zanotował znaczący postęp, który sprawił, że już teraz jest jedną z twarzy ligi. A ze skromnego, ułożonego chłopaka przeistoczył się w prawdziwą maszynę do zdobywania punktów, której boi się cała NBA.

Statystyki: 27.2 punktu, 7.0 asysty, 5.8 zbiórki.



Stephen Curry (Golden State Warriors)

Drużyna Golden State Warriors jest jedną z rewelacji obecnego sezonu NBA. Natomiast pierwszą siłę NBA do kolejnych zwycięstw prowadzi właśnie, przesympatyczny Stephen Curry. Prowadzi – to jest dobre słowo. Ponieważ Curry nie zawsze jest pierwszym strzelcem swojego zespołu, ale zawsze prezentuje się jak prawdziwy lider drużyny. Jeśli jest w formie, to Warrios bardzo rzadko przegrywają (bilans 56-13). Przywódca Wojowników średnio zdobywa 23.4 punktu, co jest dopiero szóstym wynikiem w lidze, ale jego główni przeciwnicy mogliby tylko pomarzyć o tak znakomitej skuteczności. Curry trafia średnio z gry na poziomie 48% z czego aż 42% za trzy, zaś na linii rzutów wolnych imponuje celnością 90%. Natomiast jego najlepszy strzelecki popis w tym sezonie, to 51 punktów rzucone 4 lutego Dallas Mavericks.


Obiektywnie trzeba również przyznać, że z rewelacyjnego strzelca stał się także czołowym rozgrywającym NBA. Bowiem to właśnie on zrobił z Klay'a Thompsona, czy Draymonda Greena zawodników, którym Warriors zazdrości cała liga. I to tak naprawdę Curry sprawił, że Golden State Warriors są uznawani za jedną z najbardziej zespołowych ekip w najlepszej lidze na świecie. Mimo może skromniejszych osiągnięć indywidualnych od swoich poprzedników. Ma on równie wielki wpływ na wyniki swojego zespołu, co jego główni rywale. A Warriors w końcu są pierwszą siłą całej NBA i pierwszy raz po 39 latach wygrali rywalizację w Dywizji Pacific. To musi robić wrażenie!

Statystyki: 23.4 punktu, 7.9 asysty, 4.3 zbiórki.


wtorek, 17 marca 2015

Plusy i minusy mistrzostw Polski U20


Turniej finałowy mistrzostw Polski do lat 20 już za nami. Więc najwyższy czas podsumować ostatnią pieciodniową rywalizację w Gdyni i sprawdzić, kto tę imprezę może zaliczyć do udanych, a kto zawiódł na całej linii. 


NA PLUS 

Grzegorz Kulka (Trefl Sopot) - w pełni zasłużony MVP całego turnieju. Świetnie wyszkolony technicznie silny skrzydłowy, który podczas mistrzostw notorycznie notował double-double. Kulka swoją znakomitą grą udowodnił, że nie za rok czy dwa, ale już TERAZ powinien być jednym z podstawowych zawodników pierwszego zespołu Trefla Sopot. Ponieważ dalsza gra na parkietach drugiej ligi, tylko i wyłącznie zahamuje jego rozwój, na co z pewnością nie mogą sobie pozwolić działacze Trefla. 

Przemysław Żołnierewicz (Asseco Gdynia) – pod względem indywidualnym Żołnierewicz był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem tych mistrzostw. Notując statystyki na poziomie 28.6 punktu, 13.2 zbiórki, 3.6 asysty oraz 2.0 bloki na mecz. Jednak w swojej niesamowitej grze popularny „Żołnierz” często był zupełnie osamotniony. Mimo to, doprowadzenie Asseco do samego finału imprezy jest sporym sukcesem tego wszechstronnego zawodnika. Nie ulega wątpliwości, że przyszłość należy do Żołnierewicza. A władze Asseco po prostu nie mogą zmarnować tak wielkiego talentu. 

Damian Szymczak (Biofarm Basket Junior Poznań) – prawdziwy kapitan zespołu. Pewnie prowadził swoją drużynę do brązowego medalu mistrzostw Polski. Praktycznie każdym meczu grał jak prawdziwy lider. Gdy koledzy mięli problemy w ataku, brał piłkę i zdobywał najważniejsze punkty. Swoją znakomitą postawą z pewnością zasłużył na powołanie do kadry Polski w swoim roczniku. Natomiast świetnym turniejem pokazał, że marnuje się na parkietach drugiej ligi i nadszedł czas na trudniejsze wyzwania. 

Pierwsza Piątka Politechniki Gdańskiej – Adam Brenk wyglądał jakby na pozycji rozgrywającego grał całe życie, świetnie kontrolując tempo gry. Kamil Hanke był prawdziwym kapitanem, trafiając do kosza nawet jak bandaże na głowie zasłaniały mu obręcz. Błażej Szymichowski wykonał kawał bardzo dobrej pracy pod oboma koszami. Karol Kamiński momentami wyglądał jakby miał na swoim koncie co najmniej kilka tego typu turniejów. Natomiast pod tablicami zespół – mimo znacznego spadku formy – starał się wspierać Mateusz Stawiak.

Duet: Dzierżak – Włodarczyk (Trefl Sopot) – Grzegorz Kulka tuż po turnieju powinien swoim niższym kolegom postawić po dużym piwie. Ponieważ gdyby nie ich rewelacyjna postawa, to z pewnością Trefl nie cieszyłby się ze złotych medali, a Kulka z nagrody MVP. Paweł Dzierżak znakomicie kreował grę zespołu  w ataku, a w obronie skutecznie zatrzymywał wyższego Żołnierewicza. Natomiast Włodarczyk perfekcyjnie czytał grę, zaskakując swoich rywali celnymi rzutami zza łuku, czy kolejnymi przechwytami. 

Szymon Kiwilsza (WKK Wrocław) – jedno z objawień imprezy finałowej. Ledwie 18-letni podkoszowy rozegrał bardzo dobry turniej, zaskakując równą grą. Pomimo słabszej postawy WKK. W czterech spotkaniach legitymując się statystykami na poziomie 19.5 punktu i 9.2 zbiórki. Kiwilsza momentami grał jak prawdziwy podkoszowy dominator. Mocno utrudniając życie dużo bardziej doświadczonym zawodnikom, jak np. Mikołaj Witliński. W przyszłość Kiwilsza może stać się naprawdę bardzo dobrym zawodnikiem. Natomiast kariera podobna do Adama Hrycaniuka jest jak najbardziej w jego zasięgu.  

Patryk Stankowski (Biofarm Basket Junior Poznań) – kolejny 18-latek, który nic sobie nie robił z rywalizacji z teoretycznie dużo bardziej doświadczonymi zawodnikami. Stankowskiego najlepiej można opisać jako filigranowego generała. To on przez większość turnieju reżyserował poczynania ofensywne Basketu. Kreując m. in. takich zawodników jak: Damian Szymczak, Jakub Fiszer, czy Michał Marek. Jego największą wadą są dość ubogie warunki fizyczne, które na turnieju nadrabiał szybkością i sprytem. Ale czy w przyszłości odnajdzie się w poważnej – zawodowej – koszykówce? Miejmy nadziej, że tak. 

Mikołaj Witliński (TKM Włocławek) – podkoszowy Anwilu kolejny raz potwierdził swój ogromny talent. Mimo, że na turnieju rozegrał ledwie dwa spotkania. A jego dalsza gra po prostu nie mała sensu, ponieważ jego koledzy znacznie odstawali poziomem od niego. Co skutkowało kolejnymi porażkami TKM-u. 

Szymon Mochnacz (Trefl Sopot) – najlepszy rezerwowy turnieju oraz cichy bohater sukcesu Trefla. Jego wręcz epicka zmiana w finałowy meczu przy stanie 16:6 dla Asseco na długo zapadnie w pamięci kibicom Trefla. Mimo ledwie 190 cm wzrostu pokazał się także jako całkiem niezły skoczek oraz wyrachowany kiler zza łuku. 

Michał Marek (Biofarm Basket Junior Poznań) – jeden z najlepszych, jak nie najlepszy defensor pola trzech sekund na turnieju. W ofensywie może nie zaskakiwał, ale w obronie harował za dwóch. Wciąż łapie zbyt dużo głupich fauli, ale to również świadczy o jego aktywności w obronie. W ostatnich miesiącach zrobił spory postęp i chyba parkiety drugiej ligi, to za niski poziom dla niego. 

Bartosz Wróbel (MKS Dąbrowa Górnicza) – mistrzostwa zaczął bardzo słabo, bo od ledwie sześciu „oczek” przeciwko Treflowi Sopot. Ale później było już znacznie lepiej i oglądaliśmy starego, dobrego Bartka, którego publiczność pamiętała jeszcze z występów w GTK Gdynia. W samej drugiej kwarcie pojedynku z Rosą Radom zdobył aż 21 punktów, zaś swoim kolegom z Asseco Gdynia zaaplikował 34 punkty. 

Biofarm Basket Junior Poznań – plus z pewnością należy się całej organizacji z pod znaku Basket Junior Poznań. Za brązowymi medalistami stał cały sztab sportowy oraz medialny. Wzorowa organizacja, od której mogliby się uczyć nawet przedstawiciele Tauron Basket Ligi. Natomiast gorący doping sporej grupy kibiców wskazuje na to, że w Poznaniu naprawdę kocha się koszykówkę. Brawo! To również jest wasz sukces. 

Pomorski Okręgowy Związek Koszykówki – bardzo rzadko chwalimy okręgowe związki, ale tym razem w pełni na to zasłużyli. Tegoroczny turniej kolejny raz udowodnił, że na Pomorzu szkolenie młodzieży przebiega wzorowo. W mistrzostwach wystąpiły aż trzy zespoły z POZKosz i wszystkie przebiły się do półfinału. Z czego złoto i srebro padło łupem Trefla i Asseco. Na dodatek kilka dni wcześniej ze złota cieszyły się koszykarki Politechniki Gdynia, które triumfowały w kategorii do lat 22. 


NA MINUS  

Igor Wadowski (WKK Wrocław) – niewątpliwie największe rozczarowanie tego turnieju. W najważniejszych spotkaniach zupełnie bezbarwny. Miał być jedną z gwiazd mistrzostw, a okazał się sporym zawodem. Być może ten zimny prysznic podziała na niego mobilizująco i już za rok ujrzymy nową – lepszą – wersję Wadowskiego.

Mateusz Stawiak (Politechnika Gdańska) – na tych mistrzostwach miał pokazać całą krasę swoich umiejętności i całkowicie zdominować strefę podkoszową. Jednak na turniej przyjechał zupełnie bez formy. Tylko w jednym meczu prezentując się na miarę swoich możliwości. Kiedy to WKK Wrocław rzucił 30 punktów. 

Duet: Jankowski – Warszawski (TKM Włocławek) – mający za sobą już pierwsze doświadczenia na parkietach Tauron Basket Ligi obwodowi mięli na tym turnieju skutecznie wspierać lidera TKM-u Mikołaja Witlińskiego. Jednakże okazało się, że zupełnie nie wywiązali się ze swojej roli. Bartosz Jankowski przechodził całkowicie obok meczów, w całych rozgrywkach U20 notując fatalny procent rzutów z gry – 37%. Natomiast Adrian Warszawski podczas imprezy bardziej zasłynął swoimi niecodziennymi kreacjami, niż dobrą i równą grą na boisku. 

Jakub Nizioł (WKK Wrocław) – zawodnik obdarzony rewelacyjnymi warunkami fizycznymi, które jeszcze nie zawsze w odpowiedni sposób potrafi wykorzystać. Podobnie jak jego kolega z drużyny – Igor Wadowski zawiódł w najważniejszym momencie turnieju. Próbując się zrehabilitować w ostatnim meczu rzucił 28 punktów. Mimo to nie ulega wątpliwości, że jeszcze przed nim sporo ciężkiej pracy.  

Mariusz Niedbalski (Kadra U20) – mimo bliskiej lokalizacji turnieju finałowego mistrzostw Polski, szkoleniowiec reprezentacji Polski do lat 20 na sali bywał sporadycznie. Głównie na meczach Trefla Sopot, a w ostatnim dniu przybył dopiero na spotkanie finałowe. Oczywiście aktualnie priorytetem dla trenera Niedbalskiego jest Trefl Sopot, ale częstsze wizyty na pewno by nie zaszkodziły. 

Sędziowie – obiektywnie trzeba przyznać, że arbitrzy podczas imprezy nie byli w najwyższej formie. A najlepiej o tym świadczy spora liczba urazów. Np. fatalnie rękę złamał Rafał Komenda, zaś groźnie wyglądającego urazu głowy doznał Kamil Hanke. Miejmy nadzieje, że Panowie również wyciągną odpowiednie wnioski i w następnych turniejach będą „gwizdać” na dużo wyższym poziomie.