piątek, 27 marca 2015

Poznaj rywali Karnowskiego

W nocy z piątku na sobotę rywalizacje w fazie Sweet 16 March Madness NCAA rozpocznie drużyna Gonzaga Bulldogs, której barw broni Przemysław Karnowski. A ich rywalem będzie renomowana i utytułowana uczelnia UCLA. Więc warto przy tej okazji zapoznać się z bogatą historią oraz składem przyszłych przeciwników naszego rodaka.


UCLA – University of California, czyli po prostu Uniwersytet Kalifornijski powstał w 1919 roku. Ulokowany jest w północnej dzielnicy Westwood w Los Angeles. I od zawsze słynie ze wzorowego szkolenia młodzieży również pod względem sportowym. Jeśli chodzi o koszykówkę, to z pewnością Bruins należą do ścisłej czołówki. Oczywiście w ostatnich latach dużo głośniej w światku koszykarskim było o sukcesach takich uczelni jak: Duke, Kentucky Wildcats, UConn Huskies czy Kansas Jayhawks. Ale pod względem szkolenia przyszłych gwiazd NBA UCLA wcale im nie ustępuje. W swojej bogatej historii na parkiety najlepszej ligi na świecie wysłali aż 85 zawodników. W porównaniu do ich najbliższych rywali, to wręcz fenomenalny wynik. Ponieważ ledwie 12 absolwentów Gonzaga Bulldogs miało okazje zadebiutować w NBA. W przeszłości barw uczelni ze słonecznego Los Angeles bronili m.in. Gail Goodrich, Kareem Abdul-Jabbar, Reggie Miller, Kevin Love, Jrue Holiday, Russell Westbrook czy świeżo upieczony król wsadów – Zach LaVine.

Na co dzień UCLA występuje w konferencji zwanej Pac-12. W obecnym sezonie z bilansem 22-13 uplasowali się na czwartym miejscu. March Madness rozpoczęli od drugiej rundy i pojedynku z SMU. Odnosząc niezwykle szczęśliwe zwycięstwo 60:59, po fatalnym błędzie technicznym rywali. A do wygranej Bruins poprowadził Bryce Alford, który zdobył 27 punktów przy rewelacyjnej skuteczności zza łuku – 9/11.



W kolejnej rundzie przyszło im się mierzyć z drużyną UAB. Po dość jednostronnym widowisku ostatecznie zwycięstwo 92:75 i awans zapewniła sobie ekipa z L.A. Natomiast fenomenalne spotkanie tego dnia w ich barwach rozegrał Tony Parker, który uzbierał na swoim koncie 28 punktów, 12 zbiórek i trzy bloki. 22 „oczka” dołożył także bohater wcześniejszego sukcesu Alford.

Mimo świetnych osiągnięć indywidualnych Alforda czy Parkera największą zaletą UCLA jest ich zespołowość oraz wyrównana pierwsza piątka, która prezentuje się tak:

PG – #20 Bryce Alford (Sophomore, rocznik: 1995)

Rzucający obrońca w ciele rozgrywającego – tak najlepiej można go scharakteryzować. Świetnie rzuca za trzy punkty, o czym najlepiej świadczy popis w meczu w drugiej rundzie March Madness. Momentami ma problemy z kreowaniem czystych pozycji swoim partnerom, ale za to oni kreują go perfekcyjnie. Bardzo dobrze potrafi skorzystać z jednej lub dwóch zasłon i trafić z czystej pozycji. Nieźle radzi sobie również w grze na koźle, chociaż jest to typowy strzelec. Jego największą wadą są warunki fizyczne, które raczej przekreślają karierę w NBA. Za niski na rzucającego obrońce, za wolny i za słaby w obronie na rozgrywającego. Mimo to, jest zdecydowanym liderem mentalnym Bruins i przedłużeniem myśli szkoleniowej trenera oraz jego ojca Steve’a Alforda.

Statystyki: 15.6 punktu, 3.2 zbiórki, 4.9 asysty.

SG – #4 Norman Powell (Senior, rocznik: 1993)

Wszędobylski obwodowy, który dysponuje dobrym rzutem zarówno z półdystansu, jak i dystansu. Niezwykle aktywny pod oboma koszami, co sprawia, że jest bardzo trudny do upilnowania. Bardzo dobry obrońca w grze jeden na jeden. W ataku bazuje głównie na swojej szybkości oraz rzucie. Potrafi rzucić celnie zza łuku, zakończyć akcje efektownym wsadem czy popisać się dokładnym podaniem do wysokiego zawodnika. Bardzo często również odciąża z obowiązków rozgrywającego Alforda. W przyszłości może stać się zawodnikiem w typie Randy Foye’a i spróbować swoich sił w NBA. Ale raczej na pewno nie zostanie wielką gwiazdą najlepszej ligi na świecie. Mimo to, Powell to niezwykle groźna bron ofensywna i defensywna Bruins.

Statystyki: 16.4 punktu, 4.7 zbiórki, 2.1 asysty.

SG/SF – #10 Isaac Hamilton (Sophomore, rocznik: 1994)

Atletyczny obwodowy, który w zespole UCLA robi po prostu wszystko. Rozgrywa, rzuca, zbiera, asystuje czy broni najlepszych strzelców rywala. Człowiek od czarnej roboty w tali Alforda. Zawodnik, który potrafi poświęcić swoje indywidualne osiągnięcia dla dobra zespołu. Fizycznie wygląda na rzucającego obrońcę, ale tak naprawdę nie wiadomo do jakiej pozycji go przypisać. Ponieważ nie jest on typem strzelca. Bliżej mu do klasycznego obwodowego defensora, w typie Tabo Sefoloshy. Ale jego warunki fizyczne oraz mały wachlarz zagrań ofensywnych prawdopodobnie przekreślają karierę na parkietach NBA.

Statystyki: 10.6 punktu, 3.3 zbiórki, 3.2 asysty.

PF – #23 Tony Parker (Junior, rocznik: 1993)

Główna siła ofensywna UCLA pod koszem. W ostatnim pojedynku z UAB był wręcz nie do zatrzymania. Zdecydowanie najsilniejszy gracz w kadrze Bruins. Słabsze warunki fizyczne nadrabia ogromnym zaangażowaniem, nieustępliwością oraz agresją pod oboma koszami. Znakomity w grze tyłem do kosza – co z pewnością jest jego głównym atutem. Trochę gorzej radzi sobie na półdystansie i dystansie. Ale w swojej grze koncentruje się głównie na walce w strefie podkoszowej i bardzo rzadko ucieka do rozwiązań dalej od kosza. W defensywie ma często spore problemy z dużo bardziej wszechstronnymi i mobilnymi silnymi skrzydłowymi. Mimo świetnych statystyk, na boisku wygląda trochę topornie. Bardziej przypomina centra niż silnego skrzydłowego. Jednak jest zdecydowanie za niski oraz za wolny, by móc myśleć o karierze w NBA. Przypomina słabszą atletycznie wersje DeJuana Blaira.

Statystyki: 11.4 punktu, 6.6 zbiórki, 0.4 asysty.

C – #5 Kevin Looney (Freshman, rocznik: 1996)

Bardzo nowoczesny podkoszowy, którego głównym atutem są niesamowite warunki fizyczne. Nienaturalnie długie ramiona oraz silne nogi, sprawiają, że jest materiałem na całkiem niezłego podkoszowego. Jednak w zespole UCLA występuje głównie na pozycji centra, na której średnio się odnajduje. Z pewnością dużo lepiej odnalazłby się w roli silnego skrzydłowego w parze z klasycznym centrem. Świetnie biega do ataku i potrafi skutecznie zaatakować ofensywną tablicę. Nie ma imponującego repertuaru zagrań ofensywnych i wciąż ma problemy z wykończeniem akcji w ataku. Ale pod bronionym koszem jest iście zabójczą bronią, której UCLA zazdrości cała NCAA. Długie ręce oraz niecodzienna mobilność sprawiają, że potrafi sprawnie zatrzymać praktycznie każdego rywala. Jego świetne warunki fizyczne powodują także ogromne zainteresowanie ze strony skautów NBA. Już teraz jest prognozowany na top 10 tegorocznego draftu.

Statystyki: 11.6 punktu, 9.2 zbiórki, 1.4 asysty.

Trener: Steve Alford

50-letni szkoleniowiec, który karierę trenerską rozpoczął w zespole Manchester w trzeciej dywizji NCAA, by po czterech latach przenieś się do Southwest Missouri State. Następnie były uczelnie Iowa oraz New Mexico. Zaś drużynę UCLA prowadzi od 2013 roku.


środa, 25 marca 2015

W pogoni za MVP



Russell Westbrook (Oklahoma City Thunder)

Rok temu duet Kevin Durant – Russell Westbrook był porównywany do jednego z największych duetów w historii NBA. Michaelem Jordanem oczywiście był Durant, zaś Scottem Pippenem Westbrook. Jednak kontuzje dość brutalnie rozdzieliły tą parę. Natomiast bez swojego Batmana, Robin (Westbrook) z tygodnia na tydzień czuje się coraz lepiej. Tęsknotę skutecznie wyładowując na kolejnych rywalach. Russ tak imponuje formą, że media w Stanach Zjednoczonych zaczęły się nawet zastanawiać, czy OKC nie powinni wytransferować zeszłorocznego MVP sezonu zasadniczego.


Westbook aktualnie jest najlepszym strzelcem ligi ze średnią 27.5 punktu na mecz oraz czwartym asystującym - 8.7 asysty. Spędzając na parkiecie średnio ledwie 33.7 minut. Jego najlepszy wynik punktowy w tym sezonie to aż 49 „oczek”, które zaaplikował Philadelphii 76ers. Jednakże rozgrywający Thunder najbardziej zadziwia niezwykłą wszechstronnością. Odnotowując aż 10 spotkań z triple-double (najlepszy indywidualny wynik sezonu) oraz 23 z double-double.

Nie ma co. Rozhulał nam się ten Robin pod nieobecność Batmana. Jednak trzeba przyznać, że Batman dużo lepiej prowadził zespół do zwycięstw. Ponieważ Thunder wciąż nie są pewni udziału w Playoffs i nadal lawirują pomiędzy ósmą a dziesiątą pozycją. Mimo, to Westbrook jest jednym z głównych kandydatów do nagrody MVP. I gdyby tego dokonał, co to byłaby za historia! Rok temu Durant, a teraz Westbrook. Thunder mieliby patent na nagrodę MVP.

Statystyki: 27.5 punktu, 8.7 asysty, 7.7 zbiórki.



Lebron James (Cleveland Cavaliers)

Standardowo jak co rok jednym z głównych faworytów do najcenniejszej indywidualnej nagrody jest Lebron James. Mimo przenosin ze słonecznej Florydy do kapryśnego stanu Ohio, King James nie stracił swojego blasku. W rodzinnych stronach wciąż prezentuje się jak stary dobry James.


Aktualnie jest on trzecim najlepszym strzelcem ligi ze średnią 25.9 punktu na mecz. Do swojego dorobku dokłada również 7.4 asysty oraz 5.7 zbiórki, średnio spędzając na parkiecie 36.2 minuty. Odnotowując aż 17 spotkań z double-double. Za to jego najlepszy strzelecki występ to 42 punkty rzucone najlepszej drużynie NBA, czyli Golden State Warriors. Z kolejnymi upływającymi sezonami z łatwością można dostrzec jak sportowo dojrzewa James. Już nie jest tym samym samolubem, dla którego bardziej liczyły się zdobyte punkty niż zwycięstwo zespołu. Teraz jest wstanie poświęcić się dla dobra drużyny. Najlepiej o tym świadczy znakomita dyspozycja w tym sezonie Kyrie Irvinga, który rozkwitł pod panowaniem Króla Jamesa. Lebron imponuje również świetną selekcją rzutów – 49% z gry – oraz szerokokątnym czytaniem gry. Nie ulega wątpliwości, że to głównie za jego sprawą Cavs wykaraskali się z szarego końca Konferencji Wschodniej, na aktualnie drugie miejsce. Ustępując tylko rewelacyjnej Atlancie Hawks.

Statystyki: 25.9 punktu, 7.1 asysty, 5.8 zbiórki.



James Harden (Houston Rockets)

Po przenosinach do Houston kariera Hardena nabrała takiego rozpędu, że z roli najlepszego rezerwowego wyrósł na głównego kandydata do nagrody MVP. Popularny „Broda” notuje wręcz fenomenalny sezon. Będąc drugim najlepszym strzelcem ligi ze średnią 27.2 punktu na mecz przy skuteczności z gry 44%. 25-latek mimo kolejnych strzeleckich popisów, jest również całkiem niezłym podającym, w każdym spotkaniu zaliczając średnio 7.0 asysty. Co więcej jego statystyczne osiągnięcia są o tyle niesamowite, że osiąga je pod nieobecność Dwighta Howarda. Natomiast Rockets pewnie prowadzi do fazy Playoffs, co w silnej dywizji Southwest oraz konferencji Zachodniej nie jest wcale takie łatwe.


Najlepszy jego indywidualny wynik w obecnych rozgrywkach to aż 50 punktów, które całkiem niedawno rzucił Denver Nuggets. Jak na typowego strzelca notuje on stosunkowo często również double-double, bo aż 17 razy w tym sezonie.

Ale co tak naprawdę przemawia za Hardenem? Mimo silnego składu Rockets, jest ich zdecydowanym liderem. Nigdy wcześniej nie grał tak dobrze. W ostatnich latach zanotował znaczący postęp, który sprawił, że już teraz jest jedną z twarzy ligi. A ze skromnego, ułożonego chłopaka przeistoczył się w prawdziwą maszynę do zdobywania punktów, której boi się cała NBA.

Statystyki: 27.2 punktu, 7.0 asysty, 5.8 zbiórki.



Stephen Curry (Golden State Warriors)

Drużyna Golden State Warriors jest jedną z rewelacji obecnego sezonu NBA. Natomiast pierwszą siłę NBA do kolejnych zwycięstw prowadzi właśnie, przesympatyczny Stephen Curry. Prowadzi – to jest dobre słowo. Ponieważ Curry nie zawsze jest pierwszym strzelcem swojego zespołu, ale zawsze prezentuje się jak prawdziwy lider drużyny. Jeśli jest w formie, to Warrios bardzo rzadko przegrywają (bilans 56-13). Przywódca Wojowników średnio zdobywa 23.4 punktu, co jest dopiero szóstym wynikiem w lidze, ale jego główni przeciwnicy mogliby tylko pomarzyć o tak znakomitej skuteczności. Curry trafia średnio z gry na poziomie 48% z czego aż 42% za trzy, zaś na linii rzutów wolnych imponuje celnością 90%. Natomiast jego najlepszy strzelecki popis w tym sezonie, to 51 punktów rzucone 4 lutego Dallas Mavericks.


Obiektywnie trzeba również przyznać, że z rewelacyjnego strzelca stał się także czołowym rozgrywającym NBA. Bowiem to właśnie on zrobił z Klay'a Thompsona, czy Draymonda Greena zawodników, którym Warriors zazdrości cała liga. I to tak naprawdę Curry sprawił, że Golden State Warriors są uznawani za jedną z najbardziej zespołowych ekip w najlepszej lidze na świecie. Mimo może skromniejszych osiągnięć indywidualnych od swoich poprzedników. Ma on równie wielki wpływ na wyniki swojego zespołu, co jego główni rywale. A Warriors w końcu są pierwszą siłą całej NBA i pierwszy raz po 39 latach wygrali rywalizację w Dywizji Pacific. To musi robić wrażenie!

Statystyki: 23.4 punktu, 7.9 asysty, 4.3 zbiórki.


wtorek, 17 marca 2015

Plusy i minusy mistrzostw Polski U20


Turniej finałowy mistrzostw Polski do lat 20 już za nami. Więc najwyższy czas podsumować ostatnią pieciodniową rywalizację w Gdyni i sprawdzić, kto tę imprezę może zaliczyć do udanych, a kto zawiódł na całej linii. 


NA PLUS 

Grzegorz Kulka (Trefl Sopot) - w pełni zasłużony MVP całego turnieju. Świetnie wyszkolony technicznie silny skrzydłowy, który podczas mistrzostw notorycznie notował double-double. Kulka swoją znakomitą grą udowodnił, że nie za rok czy dwa, ale już TERAZ powinien być jednym z podstawowych zawodników pierwszego zespołu Trefla Sopot. Ponieważ dalsza gra na parkietach drugiej ligi, tylko i wyłącznie zahamuje jego rozwój, na co z pewnością nie mogą sobie pozwolić działacze Trefla. 

Przemysław Żołnierewicz (Asseco Gdynia) – pod względem indywidualnym Żołnierewicz był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem tych mistrzostw. Notując statystyki na poziomie 28.6 punktu, 13.2 zbiórki, 3.6 asysty oraz 2.0 bloki na mecz. Jednak w swojej niesamowitej grze popularny „Żołnierz” często był zupełnie osamotniony. Mimo to, doprowadzenie Asseco do samego finału imprezy jest sporym sukcesem tego wszechstronnego zawodnika. Nie ulega wątpliwości, że przyszłość należy do Żołnierewicza. A władze Asseco po prostu nie mogą zmarnować tak wielkiego talentu. 

Damian Szymczak (Biofarm Basket Junior Poznań) – prawdziwy kapitan zespołu. Pewnie prowadził swoją drużynę do brązowego medalu mistrzostw Polski. Praktycznie każdym meczu grał jak prawdziwy lider. Gdy koledzy mięli problemy w ataku, brał piłkę i zdobywał najważniejsze punkty. Swoją znakomitą postawą z pewnością zasłużył na powołanie do kadry Polski w swoim roczniku. Natomiast świetnym turniejem pokazał, że marnuje się na parkietach drugiej ligi i nadszedł czas na trudniejsze wyzwania. 

Pierwsza Piątka Politechniki Gdańskiej – Adam Brenk wyglądał jakby na pozycji rozgrywającego grał całe życie, świetnie kontrolując tempo gry. Kamil Hanke był prawdziwym kapitanem, trafiając do kosza nawet jak bandaże na głowie zasłaniały mu obręcz. Błażej Szymichowski wykonał kawał bardzo dobrej pracy pod oboma koszami. Karol Kamiński momentami wyglądał jakby miał na swoim koncie co najmniej kilka tego typu turniejów. Natomiast pod tablicami zespół – mimo znacznego spadku formy – starał się wspierać Mateusz Stawiak.

Duet: Dzierżak – Włodarczyk (Trefl Sopot) – Grzegorz Kulka tuż po turnieju powinien swoim niższym kolegom postawić po dużym piwie. Ponieważ gdyby nie ich rewelacyjna postawa, to z pewnością Trefl nie cieszyłby się ze złotych medali, a Kulka z nagrody MVP. Paweł Dzierżak znakomicie kreował grę zespołu  w ataku, a w obronie skutecznie zatrzymywał wyższego Żołnierewicza. Natomiast Włodarczyk perfekcyjnie czytał grę, zaskakując swoich rywali celnymi rzutami zza łuku, czy kolejnymi przechwytami. 

Szymon Kiwilsza (WKK Wrocław) – jedno z objawień imprezy finałowej. Ledwie 18-letni podkoszowy rozegrał bardzo dobry turniej, zaskakując równą grą. Pomimo słabszej postawy WKK. W czterech spotkaniach legitymując się statystykami na poziomie 19.5 punktu i 9.2 zbiórki. Kiwilsza momentami grał jak prawdziwy podkoszowy dominator. Mocno utrudniając życie dużo bardziej doświadczonym zawodnikom, jak np. Mikołaj Witliński. W przyszłość Kiwilsza może stać się naprawdę bardzo dobrym zawodnikiem. Natomiast kariera podobna do Adama Hrycaniuka jest jak najbardziej w jego zasięgu.  

Patryk Stankowski (Biofarm Basket Junior Poznań) – kolejny 18-latek, który nic sobie nie robił z rywalizacji z teoretycznie dużo bardziej doświadczonymi zawodnikami. Stankowskiego najlepiej można opisać jako filigranowego generała. To on przez większość turnieju reżyserował poczynania ofensywne Basketu. Kreując m. in. takich zawodników jak: Damian Szymczak, Jakub Fiszer, czy Michał Marek. Jego największą wadą są dość ubogie warunki fizyczne, które na turnieju nadrabiał szybkością i sprytem. Ale czy w przyszłości odnajdzie się w poważnej – zawodowej – koszykówce? Miejmy nadziej, że tak. 

Mikołaj Witliński (TKM Włocławek) – podkoszowy Anwilu kolejny raz potwierdził swój ogromny talent. Mimo, że na turnieju rozegrał ledwie dwa spotkania. A jego dalsza gra po prostu nie mała sensu, ponieważ jego koledzy znacznie odstawali poziomem od niego. Co skutkowało kolejnymi porażkami TKM-u. 

Szymon Mochnacz (Trefl Sopot) – najlepszy rezerwowy turnieju oraz cichy bohater sukcesu Trefla. Jego wręcz epicka zmiana w finałowy meczu przy stanie 16:6 dla Asseco na długo zapadnie w pamięci kibicom Trefla. Mimo ledwie 190 cm wzrostu pokazał się także jako całkiem niezły skoczek oraz wyrachowany kiler zza łuku. 

Michał Marek (Biofarm Basket Junior Poznań) – jeden z najlepszych, jak nie najlepszy defensor pola trzech sekund na turnieju. W ofensywie może nie zaskakiwał, ale w obronie harował za dwóch. Wciąż łapie zbyt dużo głupich fauli, ale to również świadczy o jego aktywności w obronie. W ostatnich miesiącach zrobił spory postęp i chyba parkiety drugiej ligi, to za niski poziom dla niego. 

Bartosz Wróbel (MKS Dąbrowa Górnicza) – mistrzostwa zaczął bardzo słabo, bo od ledwie sześciu „oczek” przeciwko Treflowi Sopot. Ale później było już znacznie lepiej i oglądaliśmy starego, dobrego Bartka, którego publiczność pamiętała jeszcze z występów w GTK Gdynia. W samej drugiej kwarcie pojedynku z Rosą Radom zdobył aż 21 punktów, zaś swoim kolegom z Asseco Gdynia zaaplikował 34 punkty. 

Biofarm Basket Junior Poznań – plus z pewnością należy się całej organizacji z pod znaku Basket Junior Poznań. Za brązowymi medalistami stał cały sztab sportowy oraz medialny. Wzorowa organizacja, od której mogliby się uczyć nawet przedstawiciele Tauron Basket Ligi. Natomiast gorący doping sporej grupy kibiców wskazuje na to, że w Poznaniu naprawdę kocha się koszykówkę. Brawo! To również jest wasz sukces. 

Pomorski Okręgowy Związek Koszykówki – bardzo rzadko chwalimy okręgowe związki, ale tym razem w pełni na to zasłużyli. Tegoroczny turniej kolejny raz udowodnił, że na Pomorzu szkolenie młodzieży przebiega wzorowo. W mistrzostwach wystąpiły aż trzy zespoły z POZKosz i wszystkie przebiły się do półfinału. Z czego złoto i srebro padło łupem Trefla i Asseco. Na dodatek kilka dni wcześniej ze złota cieszyły się koszykarki Politechniki Gdynia, które triumfowały w kategorii do lat 22. 


NA MINUS  

Igor Wadowski (WKK Wrocław) – niewątpliwie największe rozczarowanie tego turnieju. W najważniejszych spotkaniach zupełnie bezbarwny. Miał być jedną z gwiazd mistrzostw, a okazał się sporym zawodem. Być może ten zimny prysznic podziała na niego mobilizująco i już za rok ujrzymy nową – lepszą – wersję Wadowskiego.

Mateusz Stawiak (Politechnika Gdańska) – na tych mistrzostwach miał pokazać całą krasę swoich umiejętności i całkowicie zdominować strefę podkoszową. Jednak na turniej przyjechał zupełnie bez formy. Tylko w jednym meczu prezentując się na miarę swoich możliwości. Kiedy to WKK Wrocław rzucił 30 punktów. 

Duet: Jankowski – Warszawski (TKM Włocławek) – mający za sobą już pierwsze doświadczenia na parkietach Tauron Basket Ligi obwodowi mięli na tym turnieju skutecznie wspierać lidera TKM-u Mikołaja Witlińskiego. Jednakże okazało się, że zupełnie nie wywiązali się ze swojej roli. Bartosz Jankowski przechodził całkowicie obok meczów, w całych rozgrywkach U20 notując fatalny procent rzutów z gry – 37%. Natomiast Adrian Warszawski podczas imprezy bardziej zasłynął swoimi niecodziennymi kreacjami, niż dobrą i równą grą na boisku. 

Jakub Nizioł (WKK Wrocław) – zawodnik obdarzony rewelacyjnymi warunkami fizycznymi, które jeszcze nie zawsze w odpowiedni sposób potrafi wykorzystać. Podobnie jak jego kolega z drużyny – Igor Wadowski zawiódł w najważniejszym momencie turnieju. Próbując się zrehabilitować w ostatnim meczu rzucił 28 punktów. Mimo to nie ulega wątpliwości, że jeszcze przed nim sporo ciężkiej pracy.  

Mariusz Niedbalski (Kadra U20) – mimo bliskiej lokalizacji turnieju finałowego mistrzostw Polski, szkoleniowiec reprezentacji Polski do lat 20 na sali bywał sporadycznie. Głównie na meczach Trefla Sopot, a w ostatnim dniu przybył dopiero na spotkanie finałowe. Oczywiście aktualnie priorytetem dla trenera Niedbalskiego jest Trefl Sopot, ale częstsze wizyty na pewno by nie zaszkodziły. 

Sędziowie – obiektywnie trzeba przyznać, że arbitrzy podczas imprezy nie byli w najwyższej formie. A najlepiej o tym świadczy spora liczba urazów. Np. fatalnie rękę złamał Rafał Komenda, zaś groźnie wyglądającego urazu głowy doznał Kamil Hanke. Miejmy nadzieje, że Panowie również wyciągną odpowiednie wnioski i w następnych turniejach będą „gwizdać” na dużo wyższym poziomie.



środa, 18 lutego 2015

Zapowiedź Gdynia Basket Cup 2015


Już jutro w Gdynia Arena rusza turniej o Puchar Polski Tauron Basket Ligi, więc warto tuż przed samą rywalizacją zastanowić się, kto ma największe szanse by sięgnąć po to trofeum.

Faworyci

Nie ma wątpliwości, że głównym faworytem tego turnieju z pewnością jest ekipa PGE Turowa Zgorzelec, która przez większość sezonu była zdecydowanie najlepszym zespołem w TBL. Jednak w ostatnich tygodniach na dyspozycji podopiecznych trenera Rajkovića widoczny wpływ mały rozgrywki Euro Cup. Bowiem niespodziewanie przegrali oni dwa ostatnie mecze, tym samym tracąc cenny fotel lidera na rzecz odwiecznego rywala Stelmetu Zielona Góra.

Wicemistrz Polski – Stelmet Zielona Góra również do Gdyni przybywa z nadziejami na końcowe zwycięstwo. Ekipa z Zielonej Góry po słabym początku rozgrywek w końcu odnalazła formę jaką zadziwiała nas w poprzednich latach. W ostatnich 13 meczach drużyna Saso Filipovskiego przegrała ledwie raz i to dość pechowo, bo ledwie jednym punktem 72:71 z AZS'em Koszalin. Natomiast wcześniej pokonując m. in. PGE Turów Zgorzelec, Rose Radom czy WKS Śląsk Wrocław.

W roli faworytów nie może zabraknąć także obrońców tytułu, czyli WKS Śląsk Wrocław. Wrocławianie byli rewelacją pierwszych tygodni nowego sezonu Tauron Basket Ligi, odnotowując dziewięć kolejnych zwycięstw przed własną publicznością. Jednakże kolejne wyjazdowe porażki sprawiły, że magia Śląska z początku sezonu gdzieś się ulotniła, a wraz z nią pozycja w tabeli. Mimo to, warto pamiętać o ich niezwykłym trumfie przed rokiem, kiedy nikt nie brał pod uwagę ich zwycięstwa, a mimo to tego dokonali. Może ostatnio nie są w najwyższej formie, ale z pewnością stać trójkolorowych na obronę tytułu.

Czarny Koń Turnieju

Jeszcze do niedawna AZS Koszalin byłby w gronie ścisłych faworytów do zwycięstwa w turnieju. Jednak ich obecna dyspozycja pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście wciąż na parkiecie wyglądają na bardzo silny zespół, lecz ciągle przytrafiają im się bolesne wpadki. Jak ta sprzed kilku dni w Słupsku, czy wcześniej w Gdyni. Akademicy mogą okazać się rewelacją turnieju – łatwo pokonując wszystkich przeciwników, bądź zupełnie zawieść – przegrywając już w pierwszym meczu z Treflem Sopot. Na ich nie korzyść niewątpliwie będzie działał fakt, że w Gdynia Arena nie najlepiej im idzie. Mimo, że to ukochana hala Qyntela Woodsa.

W kategorii: Czarnego Konia Turnieju, z całą pewnością nie może zabraknąć gospodarzy. Asseco Gdynia w obecnych rozgrywkach dowiodło, że jest zespołem o dwóch twarzach. Na ich szczęście ta lepsza ukazuje się właśnie w Gdynia Arena. Przed własną publicznością mają bilans 9-1, który jest drugim najlepszym wynikiem w Tauron Basket Lidzie. Co więcej, podopieczni Davida Dedka nie przegrali od siedmiu kolejnych spotkań i niewątpliwie będą chcieli utrzymać swoją dobrą passę. Przełomowym meczem wydaje się być ćwierćfinał. Jeśli Asseco pokona - teoretycznie silniejszą - Rosę Radom, to na pewno będzie ich stać na dojście do samego finału.

Mogą, ale nie muszą

Rosa Radom do Trójmiasta przybywa z pewnością w świetnych nastrojach, bowiem w ostatniej kolejce Tauron Basket Ligi rozbili PGE Turów Zgorzelec, co na pewno dodało im sporo pewności siebie. Jednak ekipa z Radomia nie miała szczęścia w losowaniu, ponieważ trafili na najbardziej nieobliczalny zespół w całym zestawieniu, czyli Asseco Gdynia. Z gospodarzami turnieju zawsze trudno się gra, więc rychłe odpadnięcie Rosy z Pucharu Polski nie powinno być wielkim zaskoczeniem.

Energa Czarni Słupsk podobnie jak Rosa Radom przybywa nad morze w bardzo dobrych nastrojach. W 20. kolejce pokonali oni w prestiżowym pojedynku w derbach Pomorza środkowego AZS Koszalin, który wręcz upokorzyli. Jednak turniej rozpoczną od bardzo trudnego meczu z PGE Turowem Zgorzelec, z którym ostatnio mięli okazje mierzyć się 5 października, więc wynik końcowy tego spotkania bardzo trudno przewidzieć.

Sopocianie mają zdecydowanie najbliżej na turniej Pucharu Polski, na który mogliby wybrać się nawet kolejką SKM. Lecz czy to na pewno podziała na ich korzyść? Z pewnością będą mogli liczyć na doping swoich kibiców i momentami będą czuć się jak w swojej Ergo Arenie. Jednak to nie zmienia faktu, że Trefl jest w zupełnej rozsypce. Od pięciu kolejnych meczów nie odnieśli zwycięstwa, za co zresztą posadą zapłacił Darius Maskoliunas. Na domiar złego ich ćwierćfinałowym przeciwnikiem jest AZS Koszalin, który niedawno rozbił ich 61:90. Możliwe, że zadziała efekt „nowej miotły”... ale nie musi.

Moje Typy:

PGE Turów Zgorzelec – Energa Czarni Słupsk 1

Asseco Gdynia – Rosa Radom 1

Stelmet Zielona Góra – Śląsk Wrocław 2

AZS Koszalin – Trefl Sopot 1

wtorek, 17 lutego 2015

Nie będę tęsknił Moska!


Z dniem wczorajszym rolę pierwszego trenera Trefla Sopot przestał pełnić Darius Maskoliunas, który prowadził zespół od sezonu 2013/14. W przeszłości wielokrotnie krytykowałem byłego już szkoleniowca Trefla, więc postanowiłem odpowiednio się do tego ustosunkować.

Nie ulega wątpliwości, że Litwin w przeszłości był znakomitym zawodnikiem i jego przyjście do Tauron Basket Ligi było prawdziwym hitem. Jednak z czasem jego urok zaczął gdzieś się ulatniać. Mi od samego początku niezbyt to pasowało, ale gdzieś głęboko miałem nadzieję, że się mylę. Od tak utytułowanego człowieka szczególnie oczekiwałem, że w końcu ktoś w Sopocie zacznie grać młodzieżą. Liczyłem, że już w poprzednich rozgrywkach podstawowymi zawodnikami Trefla będą Michał Michalak oraz David Brembly. Natomiast pierwsze szlify na parkietach TBL będą zbierać Grzegorz Kulka i Paweł Dzierżak. Tym bardziej, że jego asystentem był Mariusz Niedbalski, który był i wciąż jest pierwszym szkoleniowcem kadry do lat 20. Niestety, ale dość szybko okazało się, że Moska na ławce trenerskiej jest dyktatorem.

Najdobitniej o jego trudnym charakterze przekonali się młodzi zawodnicy. David Brembly tak zniechęcił się do Sopotu, że po jednym sezonie uciekł do swojej pierwszej/drugiej ojczyzny. Wielu powie, że był po prostu za słaby! Tak? To dlaczego teraz jest czołowym graczem jednego z zespołów Bundesligi? Cały poprzedni sezon obserwowałem jaki opieprz otrzymuje od Mosky za każdy najmniejszy błąd na parkiecie. Podobne męki przechodził Michał Michalak, który grał tylko dlatego, że nie było miejsca w składzie oraz budżecie na zawodnika z jego pozycji.

Trener na każdym kroku obwiniał także władze klubu. Głównym jego zarzutem były ruchy transferowe. A to że Yemi Gadri-Nicholson oraz Lance Jeter przyjechali bez formy. Yemi nie odnalazł się do końca sezonu, zaś Jeter zrzucił kilka kilogramów i coś tam pograł. Milan Majstorović też mu nie pasował - a to że za wolny, a że w obronie nie pomaga itp. Oczywiście lekiem na całe zło mięli być Litwini, czyli scenariusz doskonale znany z obecnych rozgrywek. Jednak tak naprawdę poprzedni sezon uratowali mu Adam Waczyński oraz Paweł Leończyk. A w piątym, decydującym meczu ćwierćfinału z Czarnymi Słupsk miał po prostu ogromne szczęście. Ponieważ przed czwartą kwartą Trefl przegrywał 48:61, by wygrać 75:74. Gdyby Trefl przegrał to spotkanie, to z pewnością Maskoliunas pożegnałby się z pracą.

Niestety, ale nie wyciągnął on żadnych wniosków i w tym sezonie oglądaliśmy jeszcze gorszą wersję Maskoliunasa. Lecz tym razem nie sprzyjało mu szczęście. Pewny siebie dołączył do drużyny bardzo późno – bo w sumie jeśli, by mu zależało to zrezygnowałby z kadry i udziału w Mistrzostwach Świata. Tym bardziej, że powinien być nauczony poprzednimi wydarzeniami, że zawodnicy nie zawsze przybywają po przerwie w najwyższej formie. Transfery chyba też go zbytnio nie obchodziły, bo kto zdrowo myślący zgodziłby się na takich zawodników jak: Kemp czy Painter. Problemem była także kontuzja Marcina Dutkiewicza i jego długa absencja. W dużo słabszej dyspozycji był również Paweł Leończyk, a odejście Adama Waczyńskiego mocno zaburzyło rotację. Ponieważ chcąc, czy nie chcąc musiał grać Michalakiem. Oczywiście ponownie lekiem na całe zło mięli być jego rodacy. Vasiliauskas, Bendzius czy później pozyskany Lydeka. Ale całej roboty nie wykonali za niego jego ulubieńcy.

Efekt?

Trefl rozpoczął sezon o bilansu 1-4, przed własną publicznością notuje 4-6, a od ostatnich pięciu spotkań nie schodził z parkietu zwycięski. Obecny bilans 9-11 i 8. miejsce w tabeli.

Darius Maskoliunas w Treflu Sopot miał być trenerem, który przy nie najwyższym budżecie stworzy zespół, który będzie mógł bić się z najlepszymi. Zadanie trudne, ale do wykonania. Tylko trzeba odpowiednio się do tego zabrać. Pozyskać odpowiednich zawodników oraz znaleźć wspólny język z młodzieżą. Nie tylko ich strofować, ale i tłumaczyć błędny – nawet jak miałoby to trwać godziny. Tymczasem nie mogę pozbyć się wrażenia, że Moska w Treflu nie dawał z siebie wszystkiego. Zamiast skoncentrować się na jednym zadaniu, próbował zrobić wszystko w bardzo krótkim czasie. Wakacje mógł poświęcić na pracę z zawodnikami, a nie wyjazdy z kadrą. Przygotować młodzież do sezonu, skoro wiedział, że ma nimi grać. Tak jak zrobiono to chociażby w Asseco Gdynia. Może teraz na ustach wszystkich po derbach Trójmiasta byłby Grzegorz Kulka albo Paweł Dzierżak, a nie Filip Matczak.

Zawsze największym moim zarzutem w stosunku do pracy Maskoliunasa w Treflu było to, że w ogóle nie wykorzystał potencjału młodych zawodników. Wolał iść na skróty i promować swoich rodaków. Zamiast rzetelnie przepracować lato z graczami, których miał na miejscu w Sopocie i dobrać do nich odpowiednich obcokrajowców. Na szczęście w końcu się to na nim zemściło. Jednak mimo to, wciąż mam nadzieje, że po tej porażce wyciągnie odpowiednie wnioski i jeszcze kiedyś wróci do Tauron Basket Ligi jako lepszy szkoleniowiec.

piątek, 6 lutego 2015

Zapowiedź 25 Derbów Trójmiasta


To już nie te same derby Trójmiasta, co jeszcze dwa, trzy lata temu, ale wciąż jest to niebywale prestiżowe spotkanie. Oba zespoły zmierzą się już po raz 25, a bilans zdecydowanie przemawia za Asseco (16-8).

W ostatnim tego typu pojedynku w 4. kolejce Tauron Basket Ligi dość nieoczekiwanie lepsza okazał się drużyna Asseco Gdynia, która bez większych problemów rozbiła w Ergo Arenie swoich przeciwników 77:65. A do zwycięstwa gdynian poprowadził duet: A.J. Walton – Filip Matczak. Pierwszy zdobył 23 punkty, zaś drugi zaliczył jeden z najlepszych występów w TBL odnotowując na swoim koncie aż 17 „oczek”.

W minionej kolejce zespołowi Asseco przyszło się mierzyć w Szczecinie z beniaminkiem – King Wilki Morskie. Podopieczni Davida Dedka ponownie w tym sezonie zawiedli na wyjeździe minimalnie przegrywając 69:67. A ekipie z nad morza na nic się zdała świetna dyspozycja A.J. Waltona oraz Ovidijusa Galdikas, którzy zdobyli łącznie 34 punkty i zebrali 20 piłek.

Tymczasem w zeszły weekend Trefl zaliczył zdecydowanie najgorszy mecz w tym sezonie. Sopocianie zostali rozbici przed własną publicznością przez AZS Koszalin 90:61. A jedynym zawodnikiem Trefla, który nie zawalił tego meczu na całej linii był Litwin – Sarunas Vasiliauskas, autor 15 punktów.

Wydaje się, że w sobotni wieczór koszykarzy z Sopotu czeka równie ciężka przeprawa. Ponieważ Asseco w Gdynia Arena jest zupełnie innym zespołem, notując tam imponujący bilans 8-1. Być może nowy nabytek Trefla – Bojan Popović ograniczy poczynania ofensywne A.J. Waltona, ale to tylko „być może”. W innym wypadku siódmą kolejną wygraną we własnej hali odnotują gdynianie. Trefl Sopot ostatnie zwycięstwo w Gdyni odniósł 17 marca 2013 roku, kiedy pokonali Asseco Gdynia 73:72, a wygraną w ostatnich sekundach zapewnił im Lorinza Harrington.

ASSECO GDYNIA

Pierwsza Piątka:

PG - A.J. Walton
SG - Filip Matczak
SF - Przemysław Frasunkiewicz
PF - Piotr Szczotka
C - Ovidijus Galdikas

Lider: A.J. Walton (17.4 punktu, 4.4 asysty, 2.4 przechwytu)

Cichy bohater: Ovidijus Galdikas (12.3 punktu, 11.2 zbiórki, 3.1 bloku)

Kluczowy rezerwowy: Sebastian Kowalczyk (7.8 punktu)

Młodzieżowiec: Przemysław Żołnierewicz (3.8 punktu)

42% za dwa  31% za trzy  69% za jeden


Mocne strony:

·  Trener – David Dedek, który do każdego meczu jest perfekcyjnie przygotowany, ale w trudnych momentach meczu często wygląda na bezradnego. Mimo wszystko jest bardzo silnym punktem Asseco.
·    Prawdziwy lider drużyny – A.J. Walton. Wciąż ma problemy z odpowiednią selekcją rzutów (37% z gry). Jednak z nim w na parkiecie Asseco momentami wygląda wręcz rewelacyjnie.
·   Najlepiej zbierający i blokujący center w lidze – Ovidijus Galdikas (11.2 zbiórki i 3.1 bloku)
·    Defensywa, średnio tracą 74.6 punktu – 1343
·    Przewaga parkietu, bilans 8-1 oraz średnio zdobywają we własnej hali 79.4 punktu, a tracą ledwie 70.3 punktu. Jedyna porażka z Jeziorem Tarnobrzeg (81-93), później sześć kolejnych zwycięstw.  
·    Nieobliczalna młodzież, która w każdym momencie może zaskoczyć rywala.
·    Często stosowane pułapki obronne – krycie na całym boisku, zona press.
·   Potężnie podkoszowi: Galdikas (217 cm), Parzeński (212), Szymański (211).
·   Niezbędne doświadczenie Przemysława Frasunkiewicza (36l.) i Piotra Szczotki (33l.)
·     Wzorowy scouting, przed każdym meczem.
·     Przygotowanie motoryczne.
·     Zgranie – skład praktycznie nie zmieniony w porównaniu z poprzednim sezonem.

Słabe strony:

·      Problemy z utrzymaniem odpowiedniej koncentracji na przestrzeni całego meczu.
·       Brak trzeciej strzelby – zawodnika, który w każdym spotkaniu zdobywałby dwucyfrową liczbę punktów.
·        Ledwie 12 ofensywa w lidze, średnio zdobywają 77.1 punktu.
·       Lazar Radosavljević, który od początku sezonu zawodzi na całej linii (6.9 punktu, 36% z gry).
·         Bardzo wąska ławka rezerwowych

TREFL SOPOT

Pierwsza Piątka:

PG - Sarunas Vasiliauskas
SG - Michał Michalak
SF - Eimantas Bendzius
PF - Paweł Leończyk
C - Tautvydas Lydeka

Lider: ?

Cichy bohater: Eimantas Bendzius (13.6 punktu, 40% za trzy, 5.1 zbiórki)

Kluczowy rezerwowy: Marcin Dutkiewicz (4.8 punktu, 47% za trzy)

Młodzieżowiec: Grzegorz Kulka (2.4 punktu)

49% za dwa  42% za trzy  75% za jeden

Mocne strony:

·      Wyrównany i silnie obsadzony obwód.
·  Klasyczny rozgrywający potrafiący zdobywać punkty – Sarunas Vasiliauskas.
·     Nieobliczalny strzelec – Michał Michalak. 31 punktów ze Stelmetem Zielona Góra i ledwie 4 „oczka” z Polfarmexem Kutno.
·      Lepszy procent rzutów z gry.
·      Dobra gra na wyjazdach, bilans 5-4 oraz średnio zdobywają 78.7 punktu a tracą ledwie 68.2 punktu.
·       Trzecia ofensywa Tauron Basket Ligi – 83.3 punktu.
·        Groźni w rzutach dynasowych – 168 celnych „trójek”.

Słabe strony:

·      Bardzo słaba defensywa.
·      Drugi najczęściej faulujący zespół Tauron Basket Ligi – 411 fauli
·      Brak prawdziwego lidera. Wcześniej był nim Adam Waczyński, a przed laty Filip Dylewicz. W obecnym sezonie w tej roli próbował odnaleźć się Marcin Stefański, ale ma on za mało atutów koszykarskich. Paweł Leończyk zbytnio się w tym nie odnajduje, a Michał Michalak jest – chyba – jeszcze na to za młody.     
·       Nie najlepsza komunikacja na linii trener – zawodnicy
·    Darius Maskoliunas, który zamiast zająć się pracą wszczyna utarczki słowne z zarządem oraz zawodnikami. Chcąc w ten sposób uzasadnić kolejne niepowodzenia.
·        Team Spirit
·        Podkoszowi – przeciętny Leończyk, tylko jeden klasyczny center.
·        Problemy z utrzymaniem odpowiedniej formy.
·        Zbyt zachowawcza gra młodymi zawodnikami. 

Początek tego niezwykłego widowiska o godzinie 18.00 w Gdynia Arena.  

środa, 4 lutego 2015

Ranking Debiutantów NBA - Styczeń






1. Andrew Wiggins (Minnesota Timberwolvers)

Całkowity pan i władca tego rankingu, którego tylko kontuzja – czego mu nie życzę – mogłaby pozbawić fotela lidera w tej klasyfikacji do końca sezonu. Kanadyjczyk zaliczył zdecydowanie najlepszy miesiąc w swoim pierwszym sezonie na parkietach NBA, notując średnio prawie 20 punktów na mecz. Natomiast spotkaniem przeciwko Cleveland Cavaliers oraz Lebronowi Jamesowi podkreślił swój olbrzymi talent. W tamtym pojedynku Wiggins uzbierał na swoim koncie aż 33 punkty, nieznacznie ustępując gwieździe Cavs.



Statystyki: 19.8 punktu, 4.6 zbiórki, 3.5 asysty

2. Elfird Payton (Orlando Magic)

Wszechstronny rozgrywający Magic coraz lepiej czuje się na słonecznej Florydzie. Payton wraz z Victorem Oladipo stworzył iście zabójczy obwodowy duet. Nowa nadzieja ekipy z Orlando świetnie spłaca kredyt zaufania u włodarzy i trenerów klubu, notorycznie odnotowując podwójne zdobycze. W spotkaniu z Memphis Grizzlies popisał się on nawet bardzo efektownym double-double w postaci 22 punktów oraz 12 asyst. Payton, to z pewnością przyszłość Magic i warto obserwować jak ten zawodnik się rozwija.



Statystyki: 10.7 punktu, 6.9 asysty, 4.3 zbiórki

3. Langston Galloway (New York Knicks)

Jeszcze dwa miesiące temu sama obecność Galloway’a w tym rankingu byłaby ogromnym zaskoczeniem. Zawodnik nie wybrany w drafice, na parkiety NBA dostał się kuchennymi drzwiami poprzez D-League. I już od pierwszego meczu swoją grą udowadniał, że w legendarnych Knicks nie ma zamiaru „grzać ławy”. Filigranowy rozgrywający nowojorczyków zaliczył jeden z najlepszych debiutów w historii klubu w Madison Square Garden zdobywając aż 18 punktów. Ale to wcale nie był koniec jego strzeleckich popisów.



Statystyki: 11.9 punktu, 3.9 zbiórki, 3.0 asysty

4. Nerlens Noel (Philadelphia 76ers)

W ostatnim notowaniu Noel zajmował 6. miejsce, ale jego wzrost o dwie lokaty wcale nie znaczy, że podkoszowy Sixers był w styczniu prawdziwą gwiazdą całej ligi. Na tle swoich kolegów z zespołu wciąż się wyróżnia. Jednak w jego grze nadal czegoś brakuje. W obronie w dalszym ciągu jest jednym z najlepszych defensorów ligi, ale jego ofensywne starania momentami wyglądają na dość anemiczne.

Statystyki: 8.7 punktu, 7.5 zbiórki, 2.2 bloku

5. Jordan Clarkson (Los Angeles Lakers)

Trzeba przyznać, że Clarkson wykazał się ogromną cierpliwością. 46. numer tegorocznego draftu bardzo długo czekał na swoją szansę w zespole Lakers, aż w końcu się doczekał. Znacznie przyczyniła się do tego kontuzja Kobe Bryanta, ale trzeba przyznać że Clarskson świetnie ją wykorzystał i w końcu zameldował się pierwszej piątce Jeziorowców. Pierwszoroczniak ekipy ze słonecznego Los Angeles z meczu na mecz prezentuje się coraz lepiej, ostatnio nawet zdobywając w dwóch kolejnych meczach łącznie aż 36 punktów.


Statystyki: 9.8 punktu, 2.3 zbiórki, 2.0 asysty

6. K.J. McDaniels (Philadelphia 76ers)

K.J. wypadł z pierwszej piątki Sixers, to i automatycznie wydał z Top 5 tego rankingu. Ale tak na poważnie. Rzucający obrońca ekipy z Filadelfii w ostatnich tygodniach znacznie spuścił z tonu, lecz wiąż utrzymuje się w czołówce najlepszych debiutantów. Mimo, że – chyba nie słusznie – nie znalazł się w gronie nominowanych do udziału w meczu USA – Reszta Świata podczas Weekendu Gwiazd.

Statystyki: 9.1 punktu, 3.9 zbiórki, 1.8 asysty

7. Jusuf Nurkic (Denver Nuggets)

Nurkić miał znacznie zyskać po odejściu Mozgova i stać się pierwszą siłą podkoszową Nuggets. Tymczasem Bośniak notuje kolejne przeciętne mecze. Oczywiście wciąż jest znaczącą siłą swojego zespołu na tablicach. Ale w ataku nie zrobił praktycznie żadnego postępu. Jeszcze kilka tygodni temu byłby jednym z murowanych kandydatów do udziału w meczu młodych talentów NBA. Jednak teraz dużo bardziej na tą nominacje zasługuje Rudy Gobert, który również nie jest specjalistą od zdobywania punktów.

Statystyki: 7.7 punktu, 8.0 zbiórki, 1.8 bloku

8. Nikola Mirotić (Chicago Bulls)

Takiego spadku chyba nikt się nie spodziewał. Z pozycji wicelidera na odległe 8. miejsce. Jednak trzeba obiektywnie przyznać, że Hiszpan w minionym miesiącu nie zadziwiał. Jego najlepszy występ z początku stycznia, to 17 punktów i osiem zbiórek w zwycięskim meczu przeciwko Houston Rockets. Później było już tylko gorzej. Mimo, że wiąż jest podstawowym zawodnikiem Byków, spędzając średnio na parkiecie 17 minut, to jego skuteczność woła o „pomstę do nieba” – ledwie 33% z gry oraz tragiczna praca na tablicach – 2.9 zbiórki na mecz. Miejmy nadzieje, że Mirotić szybko się otrząśnie i wróci na szczyty tego rankingi, bo to naprawdę świetny gracz.

Statystyki: 6.4 punktu, 2.9 zbiórki, 0.9 asysty

9. Marcus Smart (Boston Celtics)

Marcus Smart nawet po odejściu Rajona Rondo ma ogromne problemy z ustabilizowaniem swojej formy. Jednego dnia potrafi zdobyć dwucyfrową liczbę punktów i dołożyć do tego kilka asyst, by kilka dni później zupełnie przejść koło meczu nie zdobywając nawet punktu. Brak odpowiedniej stabilizacji wpływa również na jego pozycję w drużynie. Jeśli nadal będzie się tak prezentował, to wyleci nie tylko z tego rankingu, ale i również z rotacji Celtów.

Statystyki: 7.5 punktu, 4.3 asysty, 2.4 zbiórki

10. Bojan Bogdanovic (Brooklyn Nets) 

No nie ma co, Chorwacki obwodowy znowu mi zaimponował. Gdy wydawało się, że na dobre wyleciał z rotacji Nets, ten odrodził się niczym jak „feniks z popiołu”. Bogdanovic, to znowu ten sam zawodnik jakiego pamiętam z europejskich parkietów. Styczeń zaczął dość niemrawo, ale później było już tylko lepiej – notując aż sześć spotkań z dwucyfrową zdobyczą punktową.

Statystyki: 7.1 punktu, 3.0 zbiórki, 1.0 asysty 


Zobacz także pozostałe rankingi: 

Grudzień

Listopad